Co trzecia torba, którą przynosimy ze sklepu trafi do śmietnika. Na zakupach zamiast rozsądku prowadzi nas bowiem apetyt. Pusty żołądek przejmuje kontrolę i sugeruje, że do koszyka powinno trafić więcej niż potrzebujemy. Naiwnie ulegamy złudzeniom i chwytamy rozmaite okazje. Jesteśmy łasi na promocyjne triki i impulsywnie wypełniamy koszyk po brzegi. Z tą pieczołowicie gromadzoną w sklepie obfitością w domu jednak sobie nie radzimy. W badaniach Banków Żywności przyznajemy uczciwie, że nie mamy pomysłu, jak wykorzystać wszystkie kupione produkty. Na liście naszych przewinień jest też złe przechowywanie i przegapianie daty ważności. To najczęstsze powody wyrzucania żywności. W koszu przeciętnego Polaka lądują cztery kilogramy jedzenia miesięcznie, co sprawia, że trafiliśmy na piąte miejsce wśród europejskich krajów najbardziej marnujących żywność. Ponure statystyki odbijają się też w naszym portfelu. Za duże zakupy kosztują nas rocznie tyle, ile całkiem przyzwoite wakacje. Fundujemy też sobie ekologiczną katastrofę, bo jedzenie, którego się pozbyliśmy, długo zalega na wysypiskach śmieci i wtłacza do atmosfery niemal tyle samo gazów cieplarnianych, co cały przemysł lotniczy.   Ekskluzywny powrót śmieci O tym, że problem jest poważny świadczy zaangażowanie uznanych szefów kuchni, którzy ochoczo od pewnego czasu serwują dania z niewykorzystanej żywności. ałkiem zacne mają efekty. Taki Dan Barber, do którego nowojorskiej restauracji ustawiają się kolejki, zaprosił na kolację trzydziestu premierów i karmił ich tym, co większość bez wahania by wyrzuciła. W menu pyszniły się obierki, burgery z pulpy, jaka zostaje po wyciśnięciu soku, sałatki aromatyzowane skórkami cytrusów czy gofry z porzuconych po śniadaniu płatków. Wyrafinowane podniebienia gości nietypowy jadłospis doceniły, na sali wybrzmiały brawa, pojawił się zachwyt  magią, jaką autorowi udało się stworzyć. Niechciane końcówki, pomarszczone warzywa, skrawki mięsa trafiły na talerz w zupełnie nowej odsłonie i brawurowo odczarowały prezentujące się dotąd nieciekawie pozostałości. Natomiast włoski kucharz, Massimo Bottura, właściciel Osteria Francescana  uznanej w tym roku za najlepszą restaurację na świecie, skrzyknął swoich kolegów i w czasie międzynarodowych targów Expo w Mediolanie zbierał wszelakie nadwyżki jedzenia, by razem z najlepszymi szefami kuchni przyrządzać z nich wytworne dania dla ubogich. Restauracja zorganizowana pod wpływem impulsu, który uruchomił się w Botturze na widok wyrzucanych ton dobrych wciąż warzyw czy owoców,  przerodziła się w długofalowy projekt, nadal prężnie działający w okolicach mediolańskiego dworca. Każdego dnia, dzięki uruchomionej kilka lat temu inicjatywnie, z produktów, których nie chcą już sklepy, kucharze przygotowują posiłki dla kilkuset głodnych potrzebujących. Sam Massimo Bottura pojawia się z menu, które kreuje z niewykorzystanych produktów,  na rozmaitych dużych imprezach, jak chociażby Igrzyska Olimpijskie i przekonuje, że dobre rzeczy nie mogą się marnować. Gotuję, nie marnuję Warto więc czerpać z cennych wzorców i częściej stawiać, to co nam zostaje na stół, niż wrzucać do śmietnika. Skoro wykorzystanie wszystkiego do ostatniego okruszka, od trzonka do korzonka staje się w końcu hasłem obowiązującym w wielu uznanych restauracjach,  może być także przewodnikiem w domowej kuchni. Trzeba spojrzeć przyjaźniej w kierunku zwiędniętej pietruszki i zmiksować ją w koktajlu. Odda cenne witaminy, a nie będzie zniechęcała nieciekawą aparycją. Ciemne banany niech zatopią się w ekstremalnie czekoladowym cieście, którego nie trzeba będzie już dosładzać, bo dojrzałe owoce mają nadmiar naturalnego dobrego cukru. Kromkami suchego chleba można zagęścić klasyczną pomidorówkę i tym trikiem zafundować jej kuszącą metamorfozę. Te pierwsze nieśmiałe propozycje mają przekonać sceptyków, że by zrobić finezyjną kolację, wcale nie trzeba szukać inspiracji na zakupach. One są do odkrycia w …lodówce. Miejscu, które powinno być sklepem pierwszego wyboru. W jej czeluściach tkwi potencjał nie do zmarnowania. Siła dobrej lodówki jest bowiem ogromna. To ona może być naszym wsparciem na wyboistej drodze ku kulinarnej roztropności. Mamy tendencję do wypełniania jej po brzegi, bez szczególnego planu. Pośpiesznie upychamy w lodówce zgromadzone zapasy i równie prędko o nich zapominamy. Przepis na sukces Marchewki, które miały być starte na soczystą surówkę, niespodziewanie miękną i tracą swój urok. Mózg uwielbia chrupać, więc wysyła nam sugestię, że takim warzywom nie należy już poświęcać uwagi. Przestajemy do marchewek czuć pożądanie i niechcianych lokatorów przesiedlamy do śmietnika. A przecież w nich drzemie niesamowita moc. Warzywa nieśmiało sugerują, że te drobne zmarszczki nie powinny ich dyskwalifikować. Wciąż mogą ujawnić zawartą w nich siłę. Potrzeba im tylko ciepła patelni, na której dokonują porywających przeobrażeń. Marchewki otulone masłem i miodem po kilku minutach nabierają wigoru. Obsypane jeszcze sezamem wdzięczą się w karmelowym zachwycie i zmieniają nie do poznania. Gdyby nie ta kulinarna przebiegłość, dzieliłyby los porzucanego w Polsce co roku 9 milionów ton  jedzenia, a przyjazny gest skierowany w ich stronę sprawił, że nęcą skutecznie. Tych ruchów dobrze jest wykonywać jak najwięcej, bo one dają konkretne efekty. Dzięki temu, że najpierw zaglądamy do lodówki, a nie wybieramy się do sklepu, kolekcjonujemy cenne minuty. Nawet jeśli osiedlowy market jest tuż za rogiem, to przecież wyjście do niego wymaga zorganizowania. Trzeba narzucić jakieś palto, poszukać parasola, gdy siąpi, kapcie zmienić na buty.  Otworzenie lodówki i wybranie asortymentu z jej półek jest zdecydowanie konkurencyjne. Nie trzeba wyciągać portfela, walutę stanowi nasz zapał. Przyda się także szczypta kreatywności i uruchomienie wyobraźni. Te liście sałaty, co więdną nam w lodówce samotnie od kilku dni mogą odzyskać werwę w piekarniku. Skropione delikatnie oliwą i posiekanym czosnkiem, udekorowane malinami lub porzeczkami, a na koniec oprószone płatkami migdałów po gorącej kąpieli stają się kolacyjnym finezyjnym przebojem. Uduszone dziarsko układają się na talerzu i oczekują stosownego aplauzu. W nietypowej kreacji odzyskują temperament i udowadniają, że chęć ich wyrzucenia była olbrzymim błędem. Nie wyrzucam, gotuję  Ilu jeszcze takich pomyłek można uniknąć dzięki właściwej refleksji, niech każdy sam policzy. Rachunek sumienia będzie skuteczną motywacją.  A odpowiednio wyposażona lodówka nieocenionym wsparciem w nakreślaniu codziennego menu. Podzieli się ochoczo smacznymi składnikami i okiełzna nasze zakupowe namiętności. Trzeba tylko zatroszczyć się o właściwe z nią relacje. Zrobić w lodówce porządek, na wysokości oczu postawić produkty, które wymagają szybszego wykorzystania. To mogą być otwarte jogurty, plastry kupionej kilka dni wcześniej wędliny, ryż, co został po wczorajszym obiedzie. Jedno spojrzenie wystarczy, by te kilka niepozornych elementów zeswatać w całkiem udaną parę. Niesamowitą frajdę daje łączenie składników w nieoczywiste duety. Dojrzałe, popękane morele, które wciąż z nadzieją czekają na swoją szansę, mogą zostać zapieczone pod kruszoną z serowej fety. Ten słodko - słony mariaż potrafi zaskoczyć. Morele puszczą sporo wybornego soku i nabiorą karmelowych rumieńców. Takimi drobiazgami wyszperanymi w lodówce wypełnić da się kilka posiłków. Liście rzodkiewki zmiksowane z gładką czułością, słonecznikiem, czosnkiem i oliwą zmienią się w aromatyczne pesto. A ono napisze ciąg dalszy pysznej historii i zakoleguje z chrupiącą grzanką razowca albo gorącym makaronem. Siła drobiazgów Detale więc potrafią urzekać bardziej niż się wydaje. Gdy lodówka ma system regulacji wilgotności lub filtr FreshOn pochłaniający niekorzystne gazy, to sprawia, że pozostawione w niej na przechowanie warzywa i owoce dłużej zachowają swoje walory. Obdarzamy sprzęt cennym zaufaniem, powierzając mu jedzeniowe skarby, więc nie wypada nie być z nim w komitywie. Kontrolujmy gromadzone w ldówce  zapasy i dajmy czasem moment przydatnego oddechu, a nie wypełniajmy jej wnętrze niestosownie.W dobrej lodówce mamy zagwarantowany komfort, jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Wystarczy tylko zaakceptować regulamin pobytu. Wygodnie jest na pewno, gdy lodówka dysponuje ciągłym obiegiem chłodnego powietrza, bo dzięki niemu na każdej półce panuje taka sama temperatura. To rozwiązanie sprawia, że kończą się dylematy dotyczące  najlepszego miejsca dla białego sera albo musztardy. Wszystkie umieszczone w lodówce produkty objęte będą tym samym troskliwym pakietem i nie popsują się tak szybko, jak to mają w zwyczaju. Kontrola wilgotności skutecznie odstrasza bakterie, które w takich warunkach nie mają szans rozwoju. Dzięki temu audytowi przechowywane w lodówce jedzenie może liczyć na perspektywę dłuższej świeżości. Na ściankach zamrażarki natomiast nie tworzą się sople, więc nie trzeba jej rozmrażać, a gromadzona w niej żywność nie traci swoich wartości. Oprócz pieniędzy zaoszczędzonych na rozsądnym manewrowaniu składnikami, możemy zyskać także te za rachunki. Lodówka z klasą energetyczną AA+ zużywa o 1/3 mniej prądu niż standardowy sprzęt. To całkiem niezły wynik. Przechowywanie i niemarnowanie może więc pójść całkiem sprawnie. Efekty zależą od właściwie dobranych kompanów i naszej koncepcyjnej śmiałości. Dobra lodówka sprawi, że oddane jej w opiekę jedzenie dłużej będzie świeże, a wzmożona osobista kulinarna kreatywność, pozwoli wyczarować oszałamiające dania. Zanim wybierzesz się do sklepu, zajrzyj do swojej lodówki. Tam tkwi potencjał nie do zmarnowania! Jestem ambasadorem kampanii społecznej: Przechowuje, nie marnuję, dzięki której problem wyrzucania jedzenia ma szasnę mocno wybrzmieć. https://www.youtube.com/watch?time_continue=3&v=zK4XXI47IPU   Po wydaniu swojej książki przekonałam się, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jaką w Polsce marnowanie żywności przybrało skalę. Dlatego zachęcam do śledzenia FB bloga, mojego instagrama, a także profil partnera akcji Amica Agd, gdzie sporo inspirujących przepisów na dania z tego, co znajduje się w lodówce. W tym tygodniu powstały takie rozmaitości:   Zachęcam też i Was do pokazania mi tego, co macie w lodówce. Wystarczy na instagramie wrzucić zdjęcie lodówki i oznaczyć je #przechowujeniemarnuje, by dostać mój przepis i wygrać książkę Gotuję, nie marnuję. Każdy może dołączyć!  

Najczęściej pomysły na dania rodzą się niespodziewanie. W moim przypadku powinnam dorzucić jeszcze szczyptę lenistwa. Jak w tym przypadku. Po kolacji zostały mi upieczone warzywa. Pierwotnie planowałam je podgrzać i zjeść z bagietką następnego dnia, jednak brak czasu na obiad szybko zweryfikował ten plan. W 10 minut powstał aromatyczny makaron. Na wierzch trafiła posiekana bazylia z balkonu i starty ser (w wersji wegańskiej go pomińcie). I teraz już wiem, że zawsze będę piec więcej warzy, by drugiego dnia mieć taki obiad. Kolory lata. Czyż nie piękne?

Lato uwielbiam za ferie kolorów i smaków. I za możliwość przygotowania dania w kilka chwil. Długie duszenie, pieczenie zostawiam bowiem na jesień i zimę. Teraz unikam długiego przebywania w kuchni, przygotowując ekspresowe posiłki. Takie jak ten. Wystarczy pokroić warzywa, dodać świeże zioła (które rosną u mnie na balkonie), rybę i zapiec w jednym naczyniu. Do umycia zostaje tylko deska, żaroodporne naczynie i nóż. Przygotowanie zajmuje 5-10 minut, reszta robi się sama i trafia w postaci pysznego, aromatycznego od ziół obiadu. Pieczona makrela z warzywami Do pieczenia możecie dodać też paprykę, bakłażana czy pieczarki. Ja wykorzystałam to, co miałam w lodówce. Pieczona makrela z warzywami

Solidne, wilgotne i bardzo czekoladowe. Takie jest to brownie. Niespodziankę sprawia w nim cukinia, zupełnie niewyczuwalna, a dodająca deserowi oczekiwanej rozmokłości. Taki jest jej urok, że wkomponowana w mocniejsze pary traci swój charakter, a jednocześnie dzieli się ochoczo soczystością. Brownie ma nieregularną strukturę, pełne emocji wnętrze i obietnicę nasycenia. Zakochać się w nim można dozgonnie już po pierwszym kawałku i nie chcieć wcale studzić rozpalonych emocji.

Niekiedy to, co najlepsze czai się w środku. Zbyt nieśmiało, by tupnąć i domagać się atencji. Czeka milcząco na przewidziany dla niego scenariusz. Nie protestuje w przypadku pożegnania. Cieszy się z drobiazgów, gdy ktoś chrupnie go soczyście, już mu wystarczy. Nie ma rozszczeń, łapie przelotne spojrzenia i przegląda się z ciekawością. Przyzwyczajony do bycia niezauważalnym, daje się wrzucić do śmietnika bez pomysłu na ciąg dalszy. A ja chcę stworzyć dla niego właśnie historię. Spersonalizowaną, taką, ja mu się bezsprzecznie należy. Mam więc rolę dla głąba w swoich przepisach. I to tę pierwszoplanową. Głąb kapusty potrafi uwieść. Nie ma w tej deklaracji rzuconej na letni wiatr obietnicy.  To bowiem witaminowa petarda, co wygładza zmarszczki, rozjaśnia skórę i nadaje jej blasku. Magia w czystej postaci, z której najczęściej na własne życzenie rezygnujemy. Bo głąb nie wzbudza zainteresowania. Jest twardy, niemrawy i mało rokujący. W soczystości liści kapusty dostrzegamy natychmiast potencjał. Sama ostatnio proponowałam, by te młode poszatkować na sałatkę. Na głąba, który po niej zostaje, też mam patent. Niejeden nawet. Ukłon w stronę resztek warto zrobić nie tylko dla zdrowia, ale i zmniejszania skali marnowania, która druzgocąco wpływa na klimat. Do śmietnika przeciętnego Polaka co miesiąc trafiają 4 kilogramy jedzenia. Pozbywamy się rzeczy, jakie mogłyby trafić na stół i robić wrażenie. Skórki, obierki, końcówki, głąby, liście pojawiają się w menu wybornych restauracji, a autorzy, którzy mieli odwagę podarować im szasnę, dostają oklaski! Sama biłam brawo ekipie Water&Wine, która wyciska sok  nawet z obierek i końcówek szparagów, pielęgnuje miłość do czerpania z siły natury i wykorzystania każdego produktu bez reszty. To absolutni mistrzowie, z polem za rogiem, własną piekarnią, wielkimi słojami, w których czają się kiszonki i nalewki - w tym ta kurek, co działa cuda! W Drzewcach gotują czarodzieje smaku, autentycznego, szczerego i bardzo dopieszczonego. Ich pomysły są dla mnie inspiracją - dziś z szacunkiem, dzięki Nim traktuję głąba.

Kulinarny tygiel wyrazistych połączeń i doznań. Opowieść utkana z mrocznych tajemnic i doprawiona soczyście orientalnymi daniami. Zaskakuje znienacka, wdrapuje się na czułe struny emocji. Basza smaku to książka nie  tylko o kuchni. Jej aromat wprawdzie dominuje w snutej wielowątkowo historii brawurowego kucharza, ale nie mniej kuszą ludzkie relacje. Próby poszukiwania tożsamości, wypatrywania w gwiazdach sensu istnienia, budowania związku wbrew logice i oprowi tłumu. Miłość łączona z nienawiścią, sieć intryg oplatająca zuchwale pałacowe przestrzenie Imperium Osmańskiego zaostrzają apetyt. Historia uzależnia coraz silniej, od poznania losów szefa kuchni, nie ma odwrotu, pożądanie, by chłonąć jego przepisy nasila się po każdej odwróconej stronie. Tempo utrzymuje się przez całą opowieść, choć pozornie wydawać się może zbyt leniwe i chaotyczne. Sporo jest wątków pobocznych, narrator pilnuje jednak, by ten, kto chłonie jego słowa się nie  pogubił. Baszę smaku napisał Saygin Ersin,dziennikarz i socjolog. Autor pokazuje, jaką mocą dysponuje jedzenie i ile władzy ma genialny kucharz. Smakiem, którego uczył się całe życie potrafi obezwładnić, dzięki przyrządzanym przez siebie potrawom żonglować euforycznie uczuciami. Igra z miłoscią, pielęgnuje chęć zemsty. Bywają momenty, w których trudno być po jego stronie, ale i te, gdy nie można się mu absolutnie oprzeć. Kucharz jest przecież Baszą smaku, czarodziejem i uwodzicielem. Mnie ujmują precyzjne opisy kuchennego zaplecza, dyskusje o rozmaitych odmianach ryżu i troska o właściwą temperaturę dania. Kuchnia nie znosi kompromisów, chwilami tapla się odmętach absurdu, by wrócić i porwać bez wytchnienia. W Baszy nie ma polemiki, jest autorytarny ton wydobywający się z kuchni i przepis na sukces. Kucharz czerpie śmiało ze swojego talentu, dodaje kunsztu każdej potrawie, jego emocji pożądają adepci całego świata. Pod maską tej zuchwałości czai się coś mrocznego. Co blokuje  spełnienie, za którym bezkompromisowo podąża kucharz. Pani Esencja daje mu wprawdzie  wskazówki, Astrolog sugeruje menu dla sułtana wyczytane z  gwiazd, ale droga do celu jest kręta i pewnie dla tego, tak pociągająca. Jeśli szukacie pysznej, intensywnej książki na letni wieczór dajcie się zaprosić do Baszy Smaku. Basza Smaku Saygin Ersin Wydawnictwo SQN, Kraków 2018 

Od trzonka do korzonka, maksymalnie wycisnąć co się da. Z sezonu, który bogato rozpieszcza, z tej zaskakująco pięknej wiosny w tym roku i dobrych prognoz na lato. Owoce dobrej pogody prężą się wokół kusząco i inspirują do kulinarnych eksperymentów. Objadam się z wdzięcznością, nie tracąc ani kawałka z tego, co podsunął mi apetyt. Dopatruję się potencjału w każdym z elementów, szukam pretekstu do wykorzystania nawet tych, których zazwyczaj bezwiednie się pozbywamy.   Młoda kapusta zaskakuje swoją rześkością, nie mam sumienia jej dusić w śmietanie i koperku, wolę siekać i cucić sokiem z cytryny. Do pary dobieram jej trusawki i ubarwiam całość wyrazistością sosu. Menu dyktuje sezon, któremu się nie opieram absolutnie. Podążam za jego śmiałymi krokami, drepczę z koszykiem i zbieram, co oferuje. Pełną pasji ścieżkę przemierzałam niedawno w Drzewcach, w ogrodzie, który przenosi się niezauważalnie niemal do kuchni. Fantastyczna ekipa kucharzy szuka smacznych bodźców w naturze. Panowie z restauracji Water&Wine hodują kilkanaście odmian pomidorów, sałat, mają grządki truskawek i krzewy malin, które dojrzewają bez sztucznego wsparcia. Można się wspiąć po dojrzałe czereśnie, zerwać wiśnie do ciasta i garść porzeczek. W kuchni Water&Wine nic się nie marnuje, nawet mrówki trafiają na talerz i oczarowują cytrusowym smakiem. By je zebrać, zamrozić, a potem oprószyć nimi lody szczawiowe pewnie potrzeba odwagi, ale to ona właśnie sprawia, że w Drzewcach zawsze jest wyjątkowo.  Tam odkryłam uroki sałacianki, zupy znanej głównie w okolicach Lublina, która jest genialnym pomysłem na wykorzystanie nieco zwiędłej już sałaty. Chłodnik zdążyłam już powtórzyć w domu kilka razy, z młodymi ziemniakami lub pieczonymi rzodkiewkami robi robotę. Takie spotkania sprawiają, że nabieram brawury, do swojej sałatki proponuję więc sos z szypułek truskawek. One mają siłę oczyszczania z toksyn, poprawiania koloru skóry i wygładzania zmarszczek. Utarte z oliwą i sokiem z cytryny potrafią sprawić niespodziankę.Z liści truskawek można nastawić napar, który przyda się do walki z katarem. Mam też pomysł na kapuścianego głąba, ale podzielę się nim w kolejnym wpisie. Teraz zabieram się do sztakowania kapusty.  

Rower z koszykiem wypełnionym dobrocią, koc w kratkę, słomkowy kapelusz chroniący przed słońcem, ale i robiący wrażenie. Mój zestaw obwiązkowy na lato, z którego wyciskam moc ładującą akumulatory. Karmię się drobiazgami odnalezionymi w codzienności. Szukam smaków przywołujących wspomnienia. Takich, które opowiadają historię. Wspierają i dodają sił. W tych zakamarkach do odkurzenia pojawia się oranżada. Taka z kapslem koniecznie, do późniejszego rozrywkowego wykorzystania. Kto pamięta, jak buzowała energicznie, potrząsana z premedytacją? Natknęłam się ostatnio na podobne wrażenia, tylko dopasowane bardziej do moich obecnych potrzeb. Tę dziecięcą beztroskę i przyjemność znalazłam w agrestadzie - naturalnym napoju w szklanej butelce. Nie ma w nim konserwantów ani syropu glukozowo-fruktozowego. Napój jest robiony na bazie ekologicznego soku z działkowego agrestu i wzmacniany innymi owocami. Moje dzieciaki pokochały czarną porzeczkę i malinę, mnie ujął imbir i rabarbar. Agrestada jest skomponowana, jak trzeba, z sokiem z cytryny i jabłkami, które zapewniają właściwą harmonię. Choć agrest bywa kwaśny w tym napoju dał się ujarzmić i nie dominuje specjalnie. Pierwszy łyk nie powoduje więc grymasu tylko eksplozję aromatycznej intesywności. Agrestada nie lepi się od niepotrzebnej słodyczy, pozwala wybrzmieć owocom, z którymi jest dobrana we właściwe pary i okiełznać pragnienie. Do wyboru jest agrest z maliną, czarną porzeczką, rabarbarem lub imbirem. To napój w sam raz na trwające upały, do zapakowania w rowerowy koszyk, plecak, plażową lodówkę. Zabieram agrestadę na piknik, a moje dzieci wystawiają jej najlepszą recenzję porównując do domowego kompotu. Przypomina go rzeczywiście, właśnie ze względu na ten brak udziwnień i chemii. Agrestada jest totalnie naturalna, wymieszana ze skarbami ogrodu i pasteryzowana. Użyte w niej owoce pochodzą z ekologicznych upraw, co wzmacnia jej jakość. W każdej butelce jest zaledwie 3% cukru i to trzcinowego. Napój jest robiony z soku tłoczonego na zimno, naturalnie mętnego, co widać na dnie butelki. Ten osad świadczy o jakości, bo sok nie jest filtrowany. Pasteryzacja odbywa się niskiej temperaturze, dzięki czemu agrestada nie traci tego co najcenniejsze - witamin z owoców. Rekonstruktrem agrestowego smaku jest rodzinna firma, która uprawia te owoce na obrzeżach Roztocza. Wcześniej agrest wykorzystywany był jako zagęstnik, ale sentyment sprawił, że stał się głównym bohatrem. I słusznie, bo w takiej roli odnajduje się wyśmienicie! Agrestady szukajcie między innymi na warszawskim i  wrocławskim Eko Bazarze,w kawiarniach, na stacjach benzynowych i tutaj. 

Szparagi spożywam w ilościach hurtowych. Z lenistwa najczęściej zielone (nie wymagają obierania), ale białymi również nie pogardzę. Zielonym wystarczy bowiem odłamać końce, by móc się cieszyć ich smakiem, również na surowo. Cappuccino ze szparagów - jak wykorzystać końcówki i obierki ze szparagów Co zrobić wobec tego z końcówkami? Wykorzystać! Trzymam je w lodówce kilka dni, dokładając co rusz to nowe. Jeśli odstęp pomiędzy kolejno jedzonymi pęczkami szparagów jest dłuższy, wówczas mrożę je. A potem? A potem wykorzystuję do zrobienia zupy krem. Zupy nic, bo bazuje na samych odłamanych końcówkach szparagów, jeśli używacie białych, dodajcie jeszcze obierki ze szparagów. Cappuccino ze szparagów - jak wykorzystać końcówki i obierki ze szparagów Szparagi można gotować, grilować, piec czy jeść na surowo (polecam jako chrupiący dodatek do sałatki). Możliwości jest jeszcze więcej, czym zaskoczyli mnie niejednokrotnie kucharze z Water&Wine. Szczególnie utkwił mi w pamięci sos, przygotowany na bazie grillowanych zielonych szparagów, przeciśniętych przez wyciskarkę wolnoobrotową! Szparagi grillowane były w całości, z końcówkami, co zainspirowało mnie do stworzenia cappuccino. Wyciskarki niestety nie posiadam, więc moje końcówki zblendowałam, o czym przeczytacie w dalszej części przepisu. Cappuccino szparagowe jest dobre zarówno na ciepło, jak i na zimno jako chłodnik. Byłam bardzo zdziwiona, jak intensywny smak szparagów można uzyskać z samych końcówek! Celowo nie dodawałam tu ziół, by nacieszyć się esencjonalnym wywarem. Sól i pieprz wystarczająco podbijają smak. To jednak wciąż nic przy tym, czym każdorazowo zaskakuje nas ekipa Water&Wine. Dwa dni temu byłyśmy tam po raz kolejny, by po raz kolejny poczuć się jak w raju. Relacja z tego wyjazdu wkrótce, ale już teraz możecie zobaczyć, co jadłyśmy tam na naszym fb.

sałatka ze szparagami z pesto pokrzywy

Wiosna to dla mnie najbardziej wyczekiwana pora roku. Sezon, w którym wszystko budzi się do życia i z radością witam każdą nowalijkę i pojawiające się owoce. Wcześniej kuszą już mnie importowane truskawki i szparagi, jednak zawsze wytrwale czekam, aż pojawią się nasze krajowe. To w nich tkwi właściwy smak i wartości odżywcze. I gdy tylko się pojawią to znak, by wykorzystywać je  bez ograniczeń, w dowolnym mariażu. W mojej kuchni królują teraz szparagi, rabarbar i truskawki. Chwilę wcześniej cieszyłam się czosnkiem niedźwiedzim, a teraz młodymi liśćmi pokrzywy i krwawnika. Jeśli tylko macie okazję wyskoczyć za miasto, rozejrzyjcie się wokół siebie. Na łąkach rośnie mnóstwo pyszności. Nie wahajcie się zerwać kwiatów czarnego bzu by zrobić lemoniadę, czy jadalnych chwastów, by wyczarować pyszną sałatkę. sałatka ze szparagami i pesto z pokrzywy Najlepiej wiedzą to kucharze w Water&Wine, którzy mają własną łąkę, by czerpać z natury to, co najlepsze. Zobaczcie sami, jak tam jest i jakie cuda potrafią stworzyć w kuchni z tego, co samodzielnie zebrali. Jeśli podsyciłam nieco Wasz apetyt, to zdradzę Wam, że najbliższa kolacja jest już jutro, a 23 czerwca jest możliwość wzięcia udziału w niezwykłym spotkaniu i mieć wpływ na menu kolacyjne. Więcej o kolacji Chef's Table dowiecie się tutaj. Odliczam dni do kolejnej wizyty w Water&Wine (już za kilka dni), delektując się tym, co mam. Mariaż na talerzu w postaci zielonych szparagów, truskawek, pesto z pokrzywy i grillowanego sera idealnie spełnia to zadanie. Pamiętajcie proszę, by przy przygotowaniu zielonych szparagów nie wyrzucać końcówek, za kilka dni pokażę Wam, co z nich zrobić. zielone szparagi