Sezon truskawkowy trwa zbyt krótko, by przegapić choć jeden z jego dni. Dlatego odkąd zachwalane jako polskie truskawki pojawiły się w mojej okolicy, wykorzystuję je bezlitośnie każdego dnia. Na razie ciągle bez nasycenia. Tu cięższa wersja w otoczeniu kremowej białej czekolady. Połączenie dwóch odmiennych smaków kwaśnego i słodkiego  jest kwintesencją przyjemności na leniwe ciepłe popołudnie.

W Hiszpanii nie udało mi się zjeść paelli. Tak się za każdym razem kulinarne menu się układało, choć z zazdrością i niepewnością spoglądałam na patelnie  innych tuystów, nie mających takich dylematów.  Nadrobiłam na warszawskim Wawrze. W restauracji, którą Gazeta Wyborcza i Polityka uznały za najlepszą knajpę 2010 roku. Tam paella, czyli po hiszpańsku patelnia, musiała się pojawić.  

Mieniące się w słońcu świeże liście szpinaku zobaczyłam na targu. Były niedbale rozrzucone w plastikowej skrzynce. Sprzedawane na kilogramy nie budziły zainteresowania tych, którzy przyszli po młode hiszpańskie albo cypryjskie ziemniaki, kalafior czy kapustę. Ja też zauważyłam je w ostatniej chwili i choć nie miałam na szpinak w tej postaci pomysłu, poprosiłam, by zapakować cały woreczek. Liście są lekkie i pachnące. Tym czego w nich nie lubię jest piasek. Dlatego każdy z nich trzeba wypłukać dokładnie, bo nawet drobne kamyczki ścierające się pod zębami nie są przyjemne. Po oczyszczeniu, wysuszeniu połaczyłam je z tym, co miałam pod ręką - suszonymi, maczanymi w oliwie pomidorami, orzechami i serem.

Uwielbiam panettone, ale ze względu na czasochłonność, zwykle piekę je tylko na Święta. W przeciwieństwie jednak do Włochów babkę tą podaję na Wielkanoc, a nie na Boże Narodzenie. Ten przepis to uproszczona wersja, a co za tym idzie, mniej czasochłonna.

Sernik wcale nie musi być z sera, nie musi być ciężki i nasycony złowrogimi kaloriami. Może być lekki, puszysty i prawie dietetyczny. Wystarczy ser zastąpić jogurtami, niewtajemniczeni w te zmianę nie czują różnicy i z trudem dają się przekonać, że w masie nie ma mąki. Wariacją jest polewa. By kontynuować delikatność sos też jest w wersji light. To w zasadzie mus - tu truskawkowy, ale świetnie sprawdzi się też malinowy czy jagodowy.

Fantastyczna przystawka, delikatna i przyjemnie skropiona oliwą. Czuć zapach kolendry i aksamit łososia. Nie wymaga wiele pracy, a  roladki można przygotować wcześniej, wstawić do lodówki i upiec chwilę przed podaniem. Ten zestaw nie jest specjalnie odkrywczy, a skomponowałam go, gdy miałam za mały do upieczenia i podzielenia na dwie osoby kawałek łososia. Okazał się wystarczającym do wyłożenia nim cukini. Tak mi się spodobało, że chętnie wracam do takiego wariantu.

Po pieczeniu ciasta drożdżowego zostało mi kilka białek, żal było wyrzucić, więc szukałam pomysłu. Zależało mi, żeby było szybkie wykonanie. Agata podrzuciła  inspirację z niezawodnego bloga mojewypieki. Podjęłam wyzwanie, choć przygotowanie wymagało wbrew moim potrzebom cierpliwości i czasu. Babeczki powstawały etapami. Najpierw piekłam spód, w nocy miksowałam masę, a rano zafundowałam im kąpiel w czekoladzie. Konsumpcja też powinna odbywać się na raty, bo deser jest sycący i bajecznie słodki. Przypomina moje ulubione w dzieciństwie ciepłe lody. Tamte były w wafelku, te otoczone są aromatyczną babeczką. Czekolada z każdym ruchem łyżeczki rozkosznie się przełamuje.To taki smak przyjemności, do której będę wracać.

W Ameryce Południowej  ananas to nana, co oznacza zapach. To określenie idealnie pasuje do tej sałatki. Jest niezwykle aromatyczna i fantastyczna na upalne dni. Lekka, orzeźwiająca nutą limonki kompozycja tego, co w kuchni najzdrowsze. Można jeść ją bez ograniczeń, bo ananas ma niewiele kalorii, za to dużo  przydatnej witaminy C. Ja tę sałatkę podpatrzyłam u kolegi i z przyjemnością zaczęłam serwować swoim gościom. Powstaje w ciągu kilku minut. Ten, kto ma słabość do kolendry, będzie zachwycony. Cudownie równoważy słodycz ananasa. Ananas od kilkunastu lat dostępny jest w Polsce na każdym targowisku i tam polecam go kupować - nie w hipermarketach, a w XVIII wieku był nawet uprawiany w ogrodach Frascati Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Ten krem dołączył do mojego menu w tym sezonie. Był podawany jako starter w jednej z restauracji. Lekko waniliowy kolor i intensywny smak szparagów natychmiast zawładnęły moim sercem . Poprosiłam o przepis i już następnego dnia zrobiłam go w swojej kuchni.  Zaskoczył mnie w nim brak bulionu. Krem robiony jest na maśle i serze mascarpone. Więcej dodatków nie potrzeba. Rolę główną grają szparagi.