W tamtym roku ta wegańska tarta robiła za mazurek świąteczny, który przygotowałam z myślą o mojej chrześnicy. Gdy tylko zobaczyłam przepis na podobną tartę u Magdy z Crust and Dust wiedziałam, że muszę odpowiednio je zmodyfikować, by było roślinne. Tarta okazała się przebojem na Mai, która jest wielbicielką masła orzechowego :) Suszone śliwki przełamały nieco mdły smak masła i całość wyszła niesłodka, ale niezwykle smaczna. W tym roku również będzie na świątecznym stole!  

Ta szarlotka nie ma sobie równych! Pod kruchym ciastem ukryte jest bowiem 1,5 kg jabłek! Szarlotka imponuje swoją wysokością i obfitością. Jest prosta w wykonaniu, nie wymaga wcześniejszego podprażania jabłek. Idealnie nadaje się do tego szara reneta i antonówki. W sezonie szukajcie tych odmian na targach (szara reneta właśnie jest). Jest mało słodka, więc jeśli chcecie, możecie posypać ją cukrem pudrem (w wersji bez cukru zmielonym erytrolem). Taka szarlotka wybornie pasuje zarówno na drugie śniadanie, jak i do popołudniowej kawy.

Do Świąt jeszcze nieco czasu, jednak warto pomyśleć, co mogłoby sprawić frajdę osobom zainteresowanym kulinariom. Gadżetów na rynku nie brakuje, jednak często lądują one w kącie, zupełnie niepotrzebne. Aby ustrzec przed wyrzucaniem, poniżej moja propozycja prezentów. Od jakiegoś czasu kupuję znacznie mniej książek, gdyż pod ich ciężarem regał już się ugina i nie mam miejsca na kolejne. Dlatego skrupulatnie dobieram nowe. Książki, które polecam mam i do nich wracam. Poza przepisami mają sporo treści, idealne do poczytania na długie, zimowe wieczory. 1. Gotuję, nie marnuję Tej książki przedstawiać chyba nie muszę :) Pierwsza książka Sylwii, która stała się bestsellerem już w pierwszych tygodniach po publikacji. Nic dziwnego, gdyż jest bardzo praktyczna, proponowane rozwiązania są proste i dzięki nim można wyczarować coś z niczego. To nie jest zwykła książka z przepisami, to drogowskaz, jak dobrze gospodarować własną kuchnią, jak planować posiłki by nie marnować żywności. W sam raz na prezent pod choinkę, by uratować świąteczne jedzenie przed wyrzuceniem. Więcej o książce przeczytacie tutaj - nikt nie opowie lepiej niż sama autorka. Książka Gotuję, nie marnuję jest nominowana do nagrody World Cookbook Fair - Gourmand International - Gourmand Awards  (to takie międzynarodowe książkowe Oscary). Mocno trzymam za nią kciuki! Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku. Sylwia Majcher Wydawnictwo Buchmann, Warszawa 2018 2. Italia do zjedzenia Książka dla wszystkich wielbicieli Włoch i włoskiej kuchni. To już drugie wydanie, uzupełnione względem pierwszego. Uwielbiam tę książkę, która podzielona jest na regiony Włoch, dzięki czemu można zobaczyć, jak włoska kuchnia jest zróżnicowana i bogata. Jako, że na regale książkowym kuchnia włoska doczekała się u mnie osobnej półki, bez wątpienia mogę stwierdzić, że jest to najlepsza książka z kuchnią włoską polskiego autora. Poza przepisami jest sporo opowieści, po których chce się spakować walizkę i uciec choć na kilka dni do Włoch. Wydana ślicznie, przepisy Krakowskiego Makaroniarza jak zwykle niezawodne (przepis na tartę cytrynową znajdziecie tutaj). Italia do zjedzenia Bartek Kieżun Wydawnictwo Buchamann, Warszawa 2018 3. Jajko Książka zaskoczy każdego. Skupiona na jednym składniku - jajku. Autorkami książki są wegetarianki, Kasia i Zosia, mama i córka, właścicielki i kucharki w Ranny Ptaszek w Krakowie. Jestem pewna, że każdy znajdzie w tej książce jajeczną inspirację. Jajko Pilitowska Katarzyna, Pilitowska Zofia Wydawnictwo Buchamann, Warszawa 2018 4. Najlepsze przepisy najlepszych restauracji Przełomowa książka kulinarna z nieznanymi historiami i sekretnymi przepisami najlepszych Restauracji. Aż 39 najlepszych Restauracji w Polsce i życiorysów Restauratorów oraz prawie 100 tajnych dotąd przepisów i ponad 300 zdjęć na 250 stronach w twardej oprawie ze wstępem Macieja Nowaka. "Polska jest gotowa by być kolejnym odkryciem światowej gastronomii!" - Maciej Nowak Najlepsze przepisy najlepszych restauracji Restaurant Week, Warszawa 2017 Książka do kupienia online tutaj (w wyjątkowej cenie 29zł) 5. &RAW &RAW to wrocławska manufaktura, która powstała z połączenia zwyczajnej potrzeby, zmysłu technicznego i miłości do jedzenia. Za tą marką stoi Piotr Andruszko, szef kuchni (który był szefem kuchni w mojej Restauracji), który z doświadczenia wie, co jest potrzebne w kuchni. Tworzy ze skóry zarówno fartuchy, zapaski, torby na noże, jak i akcesoria. Wszystko może być personalizowane, idealne na prezent. Fartuchy Piotra noszą m.in. kucharze w Campo (najpiękniejszej restauracji na świecie wg WORLD INTERIORS NEWS (WIN) AWARDS 2017), w Zoni (gdzie Szef Kuchni Aleksander Baron został Szefem Jutra wg Gault&Millau), czy Yemsetu (miejsce z najlepszym ramenem i sushi we Wrocławiu wg mnie :) Gdy zobaczyłam skórzane notesy, od razu pomyślałam o Sylwii. To nie jest zwykły przepiśnik. Skórzana obwoluta zaprojektowana jest tak, że mieści się tam zeszyt, kalendarz czy ulubiony notes. Po zapisaniu wystarczy wymienić na nowy. To nietuzinkowy prezent, który dodatkowo może być spersonalizowany imieniem lub inicjałami. Taki prezent będzie służyć przez całe lata.  Zobaczcie na www lub na instagrama, jakie cuda tworzy Piotr. 6. UMAMI Całości dopełnią kosmetyki naturalne (tak naturalne, że można je jeść!). "Świat Umami czerpie z natury. Dłońmi doktor Doroty Rutkowskiej miesza ją w kremach, romansuje z serum, wchodzi w pyszne mydlane mariaże, koleguje się z balsamamiUmami dzięki wiedzy i niebywałej intuicji lekarki z ponad 20 letnim doświadczeniem  krąży wokół aktywnych składników kwiatów, owoców czy warzyw, zagląda do oranżerii i ogrodu" tak napisała Sylwia. Więcej  tych kosmetykach przeczytacie tutaj. Zapakowane są bardzo elegancko, wystarczy dodać bilecik, włożyć pod choinkę i obserwować radość obdarowanej osoby. 7. Kolacja degustacyjna w Water&Wine lub Chef's Table Na temat Water&Wine pisałyśmy już z Sylwią wielokrotnie. Dla mnie to miejsce wyjątkowe, wręcz magiczne. Ilekroć tam jestem mówię, że jestem w raju. Inaczej nie potrafię określić tego, co stworzyli w Drzewcach kucharze i cała ekipa, biorąca udział w tym koncepcie. Marek Flisiński zdobył właśnie najbardziej prestiżowy tytuł wg wg Gault&Millau - tytuł Szefa Roku. Choć bez dwóch zdań jest to miejsce, które zasługuje na gwiazdkę Michelin (i to niejedną!), to dobrze, że jej nie ma. Dzięki temu jest bardziej dostępne dla wszystkich, a na wolne stoliki nie trzeba czekać miesiącami. Dla mnie wyjazd tam jest jak wygrana w totolotka. Dlatego z całego serca polecam rezerwację tam kolacji w prezencie dla kogoś bliskiego. Kolacja trwa 3 godziny, a doświadczenie zostaje w pamięci na zawsze. Jestem pewna, że tak jak ja pokochacie to miejsce. 8. Voucher do restauracji Wyjście do restauracji jest zawsze świetnym rozwiązaniem! Można wykupić wcześniejsze rezerwacje na nadchodzące festiwale. Co to oznacza? Obdarowani sami będą mogli wybrać menu i restauracje, do których pójdą. Czy jest ktoś, kto nie chciałby dostać takiego zaproszenia?

9. RAM Cafe W czytaniu książek i w przygotowywaniu dań wg przepisów pomoże dobra muzyka. Na taką zawsze można liczyć w składance wrocławskiego Radia RAM, ułożonej przez Piotra Bartysia, czyli RAM Cafe. Najnowsza Ram Cafe 13 jest już w sprzedaży i wierzę, że znajdę ją jak co roku pod choinką (na razie kupiłam w prezencie). Wśród proponowanych prezentów, kilka z nich (lub ich autorów) pochodzi z Wrocławia, z czego jestem szczególnie dumna! Sylwia Majcher, współautorka naszego bloga i autorka książki "Gotuję, nie marnuję" to moja przyjaciółka z piaskownicy, z tego samego wrocławskiego podwórka :) &RAW, UMAMI, RAM Cafe 13 - również "Made in Wrocław". 10.Kulinarne prezenty Do tego warto dodać coś od siebie, kulinarny prezent od serca doceni każdy! Mogą to być trufle, pralinki, czy własnoręcznie wykonana bombonierka. Mogą to być nalewki, sól smakowa, ciasteczka czy konfitury do herbaty. Po inspiracje zerknijcie na nasze przepisy na kulinarne prezenty. Czekoladki z malinami

Niejednokrotnie pisałam o swoim uwielbieniu do ciasta drożdżowego. Jednak gdy wpadam w trans, piekę je tak często, że zdarza mi się, że czasem ono zostaje. Zostaje lekko wyschnięte i aż prosi się o ponownie świeżą chałkę, drożdżówkę czy brioszkę, pomimo, że zostały poprzednie. Co wówczas zrobić? Patentów jest wiele, ale najważniejsze nie wyrzucać! Takie podsuszone kawałki drożdżowego ciasta są idealną bazą do nowych dań, które zachwycą Wasze kubki smakowe. Ostatnio wpadłam w ciąg chałkowy (tu chałka tradycyjna, a tu chałka maślana) zainspirowana chałkami wypiekanymi w Water&Wine. Jeszcze ich nie próbowałam (ale łudzę się, że w grudniu będzie mi dane ich spróbować!), ale wyglądają tak smacznie, że postanowiłam już wielokrotnie stworzyć je w domu i pozostać w duchu kuchni w Drzewcach, czyli nic nie marnować. Szef kuchni Water&Wine, Marek Flisiński wraz z cała ekipą dbają o to, aby resztki przeobrażać w pyszne fine diningowe dania. Dlatego kilkudniowe chałki nabierają u mnie nowej mocy. Ale po kolei.

  1. Tosty z chałki z awokado i jajkiem sadzonym.
To danie, które czasem zamawiam w topowych restauracjach śniadaniowych, a teraz odtwarzam je w domu, wykorzystując czerstwa drożdżowe. Składniki:
  • 2 kromki czerstwej chałki
  • 1 średniej wielkości awokado
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka masła klarowanego
  • sól, pieprz
Sposób przygotowania:
  1. Awokado przekrój na pół, wydrąż łyżką połówki miąższu i pokrój go w plasterki.
  2. Na patelni rozpuść masło i obsmaż chałkę z dwóch stron.
  3. Ściągnij chałkę z ognia i na tym samym maśle usmaż 2 jajka sadzone.
  4. Na podsmażoną chałkę ułóż pokrojoną połówkę awokado i jajko sadzone. Dopraw solą i pieprzem.
2. Bread and butter pudding Pisałam już o tym tutaj. Za każdym razem zachwyca swoją prostotą i smakiem. Wystarczy zapiec kromki chałki w masie jajecznej, by zyskać pyszne, niebanalne śniadanie. Nikt nie uwierzy, że to dani z resztek! 3. Okruchy z chałki Idealny dodatek do dań. Nie muszą to być kromki, wystarczą prawdziwe okruchy, kawałek piętki. Smażone w palonym maśle zyskają orzechowy posmak i urozmaicą niejedno danie. Polecam typowy comfort food, czyli kluski leniwe z okruchami ciasta drożdżowego w palonym maśle. Tak proste i tak dobre, że powinniście spróbować. Grunt, to nie wyrzucać. Sposobów na wykorzystanie jest wiele. Przychodzi mi na myśl z dzieciństwa jedyna lubiana przeze mnie zupa mleczna, czyli z okruchami z bułki (jedyne pozytywne jedzeniowe wspomnienie z przedszkola). W nowym wydaniu możecie chałkę porwać, usmażyć na maśle i zjeść z jogurtem naturalnym i mrożonymi malinami. Pyszny początek dnia gwarantowany!

chałka maślana

W zeszłym tygodniu upiekłam chałkę tradycyjną, na wodzie i na oleju, typowe żydowskie pieczywo. Choć bardzo mi smakowała, była bardzo delikatna, to jednak zabrakło mi maślanego posmaku, który kojarzy mi się z chałką jedzoną w dzieciństwie. Ośmielona ciągłym odkrywaniem smaków kucharzy w Water&Wine, postanowiłam stworzyć chałkę bliską ideału. Stąd ten przepis na chałkę maślaną, na maśle i mleku. Nieskromnie powiem, że wyszła fenomenalna! To m.in. dzięki długiemu, powolnemu wyrabianiu ciasta. Wyrobione ciasto rosło powoli, przez noc w lodówce. To sekret, dzięki któremu ciasto drożdżowe się pięknie rwie, momentami wręcz listkuje. Abym mogła bezkarnie jeść chałkę, użyłam ksylitolu. Tak, czytałam wielokrotnie, że ciasto drożdżowe nie wyrasta przy użyciu ksylitolu. Poza czytaniem, nigdzie nie znalazłam na to potwierdzenia, gdyż mi zawsze pięknie wyrasta ciasto, które ma ksylitol, a nie cukier. chałka maślana

Chałka tradycyjna

Gdy zobaczyłam na instastories Water&Wine, jak Michał wypieka chałki (w ilościach hurtowych ;)) wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma przed ich zrobieniem. Wielokrotnie już pisałam, że drożdżowe to mój ulubiony rodzaj ciasta. Na samą myśl zaczynam się uśmiechać. Numerem jeden jest dla mnie maślana brioszka (brioche). Z podobnego ciasta planowałam upiec chałki, aby były mocno maślane. Tym razem jednak poszłam w klasykę, zaczerpnęłam wiedzę od Jeffrey'a Hamelmana i upiekłam chałkę na żółtkach, jajkach i oleju. Zamiast mleka woda. Chałka jest lekko słonawa, puszysta, a ciasto drożdżowe delikatnie się listkuje. Widziałam, że Michał zaplata chałki z 4 części. Podjęłam wyzwanie i zaplotłam na 2 sposoby. Jak na pierwszy raz uważam, że wyszło nieźle i zapewniam, że nie jest to mocno trudne. Po opublikowania na fb, nasza czytelniczka podesłała mi link do tutoriali zaplatania chałek. Chętnych do nauki odsyłam tutaj. Chałka tradycyjna Chałka jest pyszna nawet po kilku dniach. Jeśli jest już czerstwa, można nadać jej drugie życie, o czym napiszę Wam już wkrótce :) Dlatego proszę nie wyrzucajcie jej! Do tej pory wyjazdy do Water&Wine utożsamiałam z pysznym chlebem (który także dostawałam na wynos).

Michał Krzysiak przy wypieku chleba, poniżej świeżo upieczony chleb, jeden z lepszych jakie jadłam.

Teraz po cichu liczę, że przy kolejnej wizycie dane mi będzie spróbować chałki. Chałka z masłem to smak, za który jestem w stanie zrobić wiele :) Chałka tradycyjna

Świeże soki marchwiowe i marchwiowo-selerowe Cymes z Pojezierza Wałeckiego są opatrzone znakiem „Jakość Tradycja” i powstają w sercu czystego regionu, który słynie z przejrzystych jezior, wspaniałych lasów i tradycyjnego rolnictwa. Do produkcji świeżych soków marchwiowych i marchwiowo-selerowych Cymes z Pojezierza Wałeckiego wykorzystywane są warzywa od wybranych, sprawdzonych dostawców. Świeże, niepasteryzowane soki doskonale gaszą pragnienie i nawadniają organizm. Wspierają dobre samopoczucie, uzupełniając dzienne zapotrzebowanie organizmu na spożycie owoców i warzyw. Sięganie po butelkę ze świeżym sokiem, pełnym witamin i minerałów, może stać się codziennym gestem, dzięki któremu życie nabiera kolorów. Wytwarzane tradycyjnymi metodami, nie zawierają konserwantów ani ulepszaczy smaku, co zapewnia widniejący na opakowaniu certyfikat „Jakość Tradycja”. Do sklepowych lodówek w całej Polsce trafiają codziennie, bezpośrednio po tłoczeniu, co daje gwarancję świeżości i najwyższej jakości. Tajemnicą naturalnego smaku świeżych soków marchwiowych i marchwiowo-selerowych Cymes z Pojezierza Wałeckiego jest miejsce ich wytwarzania – czysty region, którego przyroda inspiruje i zachęca do smakowania życia o każdej porze roku.

/więcej zdjęć wkrótce/ Bez wątpienia jestem italioholikiem, o czym może świadczyć fakt, że wyjazd do Apulii to mój 11 wyjazd do Włoch. Włochy za każdym razem mnie zaskakują i pozostawiają niedosyt. Tak tez były tym razem, gdy planowałam wyjazd GDZIEŚ na kilka dni i rozważałam, czy kupić bilety do Kijowa, czy do Lwowa. Kupiłam do Bari, nie pytajcie mnie dlaczego :) Od razu zarezerwowałam nocleg i zaczęłam odliczanie do pierwszych dni września. Noclegi Apulia słynie z wielu cudnych miasteczek, których nie sposób zobaczyć podczas jednego krótkiego wyjazdu. Po prostu trzeba tam wrócić. Nie widziałam nawet perły tego regionu, czyli Alborobello - miasteczko urokliwych domków truli. Chciałam odpocząć, dobrze zjeść i trochę zobaczyć. Stąd też zmieniłam zdanie i noclegi w Bari zamieniłam na noclegi w Barletcie. Dlaczego? Za radą kolegi, który był i "ostrzegł" mnie, że Bari to miasto portowe, bardziej turystyczne, o czym faktycznie się przekonałam. Barletta jest miastem nad samym morzem, z najszerszymi plażami w tym regionie. Mieszkałam w apartamencie z tarasem B&B Le Statuine guest house (rezerwować możecie na Airbnb i booking.com), z którego w oddali było widać morze. Apartament w pełni komfortowy dla 2 osób na kilka dni w atrakcyjnej cenie. Na stanie była m.in. kawiarka, więc wyposażenie idealne. Do tego wina, które można było kupić za 5-7 euro, wszystkie pochodzące z tego regionu. Do wszystkich atrakcji (plaża, katedra, zamek, dworzec) można dojść w kilka minut. Mieszkanie z starej kamienicy, w uliczce gdzie mieszkali sami Włosi ma swój niezapomniany urok. W Barletcie tylko raz spotkaliśmy turystów (Szwedów, w restauracji). Właściciel apartamentu po angielsku nie mówił, ale google translator załatwił wszystko ;) W informacji turystycznej również ni porozmawiacie po angielsku, jednak spotkacie się z wielką uprzejmością i po chwili udało mi się dowiedzieć, gdzie mogę kupić znaczki na kartki. Barletta Jak większość miasteczek w tym regionie ma katedrę i zamek. Mnie najbardziej urzekł klimat tego miejsca. To prawdziwe Włochy, gdzie rano panowie (przede wszystkim) czytają w kioskach na stojąco gazety, popijając kawę (w takich miejscach kawa z ekspresu jest bardzo tania, w drodze na plażę za espresso i cappuccino zapłaciłam łącznie 1,5 euro!). Warzywa i owoce można kupić na ulicy od starszych panów. Raz też spotkałam auto rozwożące sezonowe warzywa i owoce.                      

Pomimo w pełni wyposażonej kuchni, nie gotowałam, jedynie przygotowywałam śniadania. Włoska słodka wersja śniadań zdecydowanie nie jest dla mnie ;) 50 metrów od apartamentu jest piekarnia (z tradycjami od 1948roku), gdzie można kupić pyszną foccacię czy inne pieczywo, a także świeżą burratę, sery, oliwki, wędlinę. Apulia słynie m.in. właśnie z focacci i burraty. Focaccia jest tu nieco inna niż w innych regionach Włoch, jest z dodatkiem semoli, stąd jej żółty kolor (podobnie jak pieczywa). Najsłynniejsza burrata jest z Andrii i można ją kupić dosłownie wszędzie, jest dostępna zarówno w piekarniach, jak i w marketach. Gdziekolwiek nie kupicie, będziecie zachwyceni. Do tego koniecznie pomidor i oliwa. Jeśli nie macie w planie wyjazdu do Apulii, burrata od niedawna dostępna jest w Lidlu.

Ponieważ do Barletty dotarłam wieczorem, na ulicach przywitał mnie tłum ludzi. Głównie starszych panów. Panie widziałam później, siedzące na wszystkich możliwych skwerkach i ławkach. Wieczorem popularne jest passeggiata, czyli spacerze po centrum miasta. Barletta Plaże w Barletcie są prywatne (płatne leżaki) i publiczne. Byłam na początku września, czyli już po włoskich wakacjach i były pustki. Adriatyk ciepły, plaża piaszczysta. Jeśli jest duży przypływ, zdarzają się wodorosty na plaży (pierwszego dnia ich nie było, a później już tak). Każdy dzień zaczynałam od godzinnego pobytu na plaży (było naprawdę gorąco, więc dłużej nie dałam rady ;)), a potem jechałam dalej (spóźniając się już na targi rybne - coś za coś). Wzdłuż morza prowadzi promenada z palmami i ścieżki, na których można spotkać dużo biegaczy. Barletta Barletta - gdzie zjeść? Całe miasto obejdziecie w 1 dzień. Większość restauracji położonych jest przy starówce. Zaraz po przylocie, późnym wieczorem  poszłam do Lupo di Mare , słynącej z owoców morza.Chwilę po naszym przyjściu zapełniły się 2 sale restauracyjne i ogródek. Włosi jedzą bowiem późno, gdyż restauracje otwierane są dopiero o 19:00 lub 20:00 (wcześniej możecie zjeść w godzinach 12:00-15:00, a później do 19:00/ 20:00 jest siesta). Apulia słynie z owoców morza, do których długo nie trzeba mnie namawiać. Dla mnie pod tym względem w Apulii był raj :) Przede wszystkim słynie z ośmiornicy, przyrządzanej na wiele sposobów i jeżowców.Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Zamówiliśmy talerz owoców morza dla 2 osób (kalmary, ośmiornice, krewetki) oraz krewetki olbrzymie. Do tego podano pieczywo, m.in. taralli (niestety nie mam na zdjęciu), są to jakby obwarzanki, te były z anyżem, ale było zaskakująco dobre. Wszystko było świeże, chrupiące bez zbędnych dodatków. Krewetki usmażone punkt, soczyste. Ledwo mogłam się ruszać po tym posiłku (bo wygłodniała po podróży rzuciłam się najpierw na pieczywo ;) Radzę Wam tam pójść wcześniej, ok. 19-20ej, bo od 21:00 wszystkie miejsca są zajęte. Batltta gdzie zjeść w BarletcieBatltta gdzie zjeść w Barletcie Kolejnego dnia (spędzonego w Barletcie) kolację zjadłam tuż przy katedrze w Osteria Al Duomo. Tu też trzeba być o 19:00, bo pół godziny później nie ma wolnych miejsc. Obsługa bardzo sprawnie sobie radzi, przynosząc po kolei do wszystkich stolików pieczywo, wodę i dopiero zbiera zamówienia. Zamówiliśmy steka, pieczone mule i ośmiornicę alla Luciana. Stek był w sosie z zielonym pieprzem, do którego dodano carry. Hmm... ten mariaż nie przekonał mnie ;) Ośmiornica z kolei była marynowana, w takiej wersji wcześniej nie jadłam. Później zobaczyłam, że można ją kupić w każdym markecie na wagę i takę wersję Wam polecam ;) Kawa wszędzie jest dobra i mocna. Zapomnijcie na chwilę o alternatywach. Trani 7 minut pociągiem od Barletty jest Trani. Jest to śliczne miasteczko, które zachwyciło mnie bardzo. Przede wszystkim dlatego, że nie było turystów i wyglądało bajkowo. Katedra jest położona nad samym morzem i pięknie prezentuje się z brzegu cyplów, które są obok. Na każdym z nich na końcu jest latarnia, na kamienistych zboczach można spotkać opalające się osoby, ale jest nadzwyczajnie pusto. Obok zamek i port, przy którym zgromadzone są restauracje. Moim celem było spróbowanie jeżowców, więc skrupulatnie studiowałam menu wystawione na zewnątrz restauracji. I w końcu znalazłam jeżowce (ricci) i to w śmiesznej cenie: 1 euro za sztukę w Trattoria Rampa La Conca. 2 lata temu na wyprawie kulinarnej do Grecji z Kuba Korczakiem miałam przyjemność je jeść (łowił je Kuba), a nawet obierać. Jest to bardzo czasochłonne, stąd cena w Trani była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Oprócz jeżowców oczywiście krewetki, jestem od nich chyba uzależniona. Jeżowce świeże, w smaku takie, jak zapamiętałam z Grecji. Jeżowce to poza ośmiornica kolejna perła Apulii. Można je kupić na tutejszych targach rybnych, ja trafiłam już na zamknięcie. Trani to cudne miasteczko na powolne spacery i delektowanie się nadmorskimi widokami. Bari W Trani celowo posiłek był lekki, gdyż kolejnym celem tego dnia było Bari. Tu już nie ma tak ładnych uliczek, w powietrzu czuć smog i na każdym kroku można usłyszeć zarówno język polski, jak i języki naszych sąsiadów. W kulminacyjnych punktach jest naprawdę dużo turystów i dosyć szybko zmęczyłam się tam. Więc ilość wypitych kaw była większa niż zazwyczaj ;) Cały czas trzymałam miejsce w żołądku na kolację. Miejsce, które wybrałam poleciły mi 3 niezależne osoby, które tam były. To pizzeria prowadzona przez Włochów, bardzo oblegana w godzinach wieczornych, więc warto być kwadrans przed otwarciem (we wrześniu otwiera od 19:30) - Il Rustico. Bari Il Rusico Menu krótkie, do wyboru zestaw za 6 i za 10 euro. Bierzemy obie. W obu wersjach w cenie jest napój (woda lub piwo), pieczywo, bruschetta, pizza (do wyboru) a także limoncello i sorbet limonkowy na koniec. W zestawie za 10 euro dodatkowo są przystawki w ilości olbrzymiej! Początkowo dostałam talerz, by sobie je nałożyć. Choć nie brałam dużo, najadłam się już nimi. Byłam pewna, że dostanę wybraną już pizzę, ale okazało się, że byłam w błędzie! Kelner zaczął donosić kolejne przystawki, m.in. talerz wędlin i serów. Porcje są olbrzymie i to główna zaleta tego miejsca. Przystawki smaczne, pizza też, ale nie jest to pizza, którą będę wspominać przez długi czas. Po prostu poprawna, we Wrocławiu można zjeść o wiele lepszą ;). Miejsce mam wrażenie mocno pod turystów, o czym świadczą nazwy pizzy, m.in. Cracovia czy Varsavia. Warto się jednak tu wybrać, aby zobaczyć klimat tego miejsca, biegającą obsługę i spróbować wielu przysmaków Włoch. Sorbet na koniec jest wyśmienity i cudownie łagodzi wcześniejsze obżarstwo, bo jedzeniem trudno to nazwać. Il RusticoZ Bari na pewno będę wspominać Włoszki, które na ulicy robiły makaron. Tak, to się dzieje tu naprawdę! Orecchiette to tradycyjny makaron Apulii. Najbardziej znany to orecchiette con cime di rapa, czyli orecchiette z brokułem liściastym / rzepą brokułową. Nie było teraz na niego sezonu, więc najczęściej można było spotkać orecchiette z sosem pomidorowym. Przyznaję się, że nie spróbowałam, ale w drodze na lotnisko kupiłam świeży makaron i właśnie z sosem pomidorowym przygotowałam go w domu.                       IMG_4250 orecchiette Polignano a Mare Tu trzeba być koniecznie. Jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam w Europie. Najsłynniejsza plaża Cala Lama Monachile położona jest w centrum miasta. Otaczają ją skały, plaża jest kamienista, a woda krystalicznie czysta. Tego widoku nie da się zapomnieć, a zdjęcia nie oddają nawet w połowie tego uroku. Polignano a Mare Polignano a Mare Polignano a Mare                       W drodze z dworca na plażę wstąpiłam na kawę (nawet na dwie, w dwóch kawiarniach ;)), specjał tego regionu (słynący z miejscowości obok, ale tu również dostępna) - kawa z kostkami lodu i mlekiem migdałowym (latte di mandorla) - caffe leccese. caffe leccesecaffe leccese                       Tuż przed plażą z kolei jest cukiernia, której nie można ominąć - Martinucci, działająca od 1950 roku w kilku miastach we Włoszech. Nie jem słodyczy, jednak tu spróbowałam. Do tej pory we Włoszech przez lata trafiałam na przesłodzone lody. Tutaj były najlepsze, jakie kiedykolwiek w życiu jadłam (część lodów jest bio). Intensywny aromat pistacji i orzechów laskowych, delikatnie słodkie. Podobnie jak pasticciotto, słynne ciastko z tego regionu. Pod otoczką z ciasta kruchego znajduje się delikatny krem na bazie żółtek, mleka i masła. Niby banał, al w tym wydaniu jest wręcz wybitny. W kolejnych miejscach nie było już aż tak smaczne. Koniecznie trzeba tu przyjść i oddać się rozpuście! MartinucciNa obiad wybrałam hipsterskie miejsce, które zostało mi polecone, słynące... z owoców morza - Pescaria. Wybraliśmy 2 bułki: z ośmiornicą i z miecznikiem. Obie bogate w smaku i olbrzymie :) Nie mogłam też nie wziąć ostryg (do wyboru są 2 rodzaje), które uwielbiam. Przychodząc był tłum, później już się wyludniło. Obsługa zapomniała o połowie zamówienia i nie zdarzyło się to tylko nam, ale po kilkudziesięciu minutach odnalazła się zaginiona bułka z kotletem z miecznika :) Pescaria Polignano a Mare Ogólne rady / spostrzeżenia:
  • nie zdziwcie się, gdy nie dostaniecie wszystkich dań naraz. często jest bowiem tak, że gdy kończy jeść jedna osoba, druga dopiero dostaje swoją porcję
  • na ogół doliczane jest coperto (zwykle 2 euro od osoby), w tej cenie zawarte jest pieczywo
  • godziny otwarcia restauracji: 12:00-15:00, później od 19:00 (lub 20:00). Niektóre restauracje otwarte tylko wieczorem
  • kawa jest tania, espresso kosztuje 0,7-1 euro, cappuccino 0,8-1,5 euro. W niektórych miejscach są 2 cny kawy: ta tańsza dotyczy kawy pitej przy barze, na stojąca, ta druga przy stoliku. W Apulii jest na ogół jedna cena
  • Włosi na śniadanie jedzą zwykle ciasteczko lub rogalika. O śniadaniach takich jak w Polsce zapomnijcie :)
  • Włosi jedzą obfite kolacje (stąd może brak głodu rano), więc patrzą czasem dziwnie na mnie, gdy zamawiam jedno danie, to całkowicie niewłoskie zachowanie. Ze względów zdrowotnych muszę jeść jednak często, więc nie jestem w stanie zjeść kilku dań
  • jeżdżąc pociągiem nie zapomnijcie skasować biletu przed wejściem do pociągu. Na peronach są zielone kasowniki.
  • podróż pociągami wzdłuż wybrzeża jest bardzo malownicza. z jednej strony w oddali widać morze, a trakcje kolejowe otoczone są gajami oliwnymi i winnicami. Na zboczach z kolei bardzo często rośnie opuncja figowa, na którą we wrześniu był sezon
 

Pomimo, że uwielbiam niektóre dania, to uwielbiam je pierwszego dnia, drugiego już nieco mniej ;) Dlatego zwykle nadaję im nowe życie, aby danie smakowało inaczej niż dzień wcześniej. Tym razem nowo oblicz nadałam policzkom wieprzowym. Zamiast podać je w całości, poszarpałam niedbale widelcami, wymieszałam z pokrojoną dymką i selerem naciowym. I to nie koniec, zmieniła się forma podania. Usmażyłam do nich placki z białej kaszy gryczanej (niepalonej). Kasza gryczana niepalona jest na swój sposób magiczna. Skrywa w sobie obfitość wartości odżywczych i jest bardzo wdzięczna w obróbce. Wystarczy bowiem ją namoczyć na noc, by kolejnego dnia po przepłukaniu i dolaniu wody, zmiksować i mieć gotowe ciasto na placki. Są pożywne i w połączeniu z policzkami wieprzowymi tworzą danie, które z pewnością się Wam spodoba. W podobny sposób możecie przygotować naleśniki z kaszy gryczanej, wystarczy tylko nieco lżejsze ciasto. Placki z kaszy gryczanej z policzkami wieprzowymi Biała kasza gryczana (niepalona) jest bogata w białko, zawiera prawie 13% białka! jest sycąca i zdrowa. Występuje w niej również wapń, fosfor, kwas foliowy, potas, mangan, magnez, żelazo, cynk oraz witaminy B1, B6, PP. Zawiera dużą ilość błonnika i węglowodanów.W przeciwieństwie do innych kasz nie zakwasza organizmu.  Kasza gryczana nie zawiera glutenu i ma niski indeks glikemiczny. Kasza gryczana uprawiana jest nieopodal Wrocławia, w Międzylesiu. Chętnie po nią sięgam. Nie ustępuję ona niczym komosie ryżowej, która niedawno przeżywałam boom (nie ukrywam, również mnie dotknęła ta moda). Staram się jeść to, co naturalnie występuje w mojej okolicy. Jako członek Slow Food od lat ta filozofia jest mi bliska. Cieszę się, że coraz więcej restauracji również ceni lokalne produkty. Bezapelacyjnie dla mnie największym wzorem jest Water&Wine, gdzie poszanowanie i wykorzystanie lokalnych produktów jest wpisane w DNA marki i wartości całej ekipy, która tworzy to miejsce. Nie byłam świadoma, ale w Water&Wine również mają własną grykę. W wrześniu rozpoczęto zbiory, spójrzcie tutaj.

z wizytą w Water&Wine - maj 2018W Water&Wine. Fot. Maciej Stankiewicz

Mam to szczęście, że jedzenie podrobów wyniosłam z domu. Mama do tej pory gotuje krupnik na kurzych żołądkach (czasem na sercach), ozorki, z nóżek robi galaretę. A flaczki w wykonaniu mamy nie mają sobie równych. Kiedyś na stole pojawiały się również pierogi z płuckami, a także móżdżek. Przez lata na próżno było szukać takich specjałów w restauracjach. Cieszy mnie fakt, że coraz częściej szefowie sięgają po piątą ćwiartkę i podroby powoli przeżywają swój triumf. Z ciekawością podglądam pracę kucharzy w Water&Wine i wspominam przepyszne ozorki jagnięce, które miałam przyjemność tam jeść. Delikatne mięso nie ma sobie równych. Podobnie jest z policzkami, które nie są doceniane w polskich domach. A szkoda, bo to niezwykle delikatne, miękkie mięso. Moja ulubiona część wieprzowiny. Zwykle robię policzki wieprzowe w czerwonym winie i taki plan był i tym razem. Uległ on jednak zmianie, gdy wyciągnęłam z zamrażarki wywar. Wywar z królika, który był duszony w białym winie. Dodałam więc szalotkę, czosnek, rozmaryn i białe wino i zaskakująco smakowały lepiej, niż duszone na czerwonym winie! Zachęcona pracą kucharzy z Water&Wine coraz częściej eksperymentuję w kuchni i nie boję się ożenić królika z wieprzem :) Jeśli nie macie wywaru z królika, zastąpcie go dowolnym bulionem lub nawet wodą. Gwarantuję, że w każdym przypadku tak przygotowane policzki wieprzowe Wam zasmakują. Zawsze robię więcej i mam na co najmniej 2 obiady. Nie martwcie się, jeśli Wam zostaną. Ja zawsze czekam na tą chwilę :) To świetna baza do innych potraw. Już wkrótce pokażę Wam, co jeszcze można zrobić z tak przygotowanych policzków, aby ni było nudo :) Policzki wieprzowe duszone w białym winie Danie brzmi wykwintnie, ale tak naprawdę, to danie z resztek. Robiąc jakiś czas temu królika na obiad, dusiłam go w białym winie i zalałam go wodą. Powstał pyszny wywar, niezwykle esencjonalny (były tam też warzywa i zioła) a zarazem delikatny (w końcu z królika). Było go za dużo do sosu, więc zanim dodałam śmietanę w ostatniej fazie duszenia królika, odlałam i zamroziłam. Buliony mrożę w plastikowych pojemniczkach po mascarpone. Idealnie się do tego nadają, a przy tym nie trafiają u mnie na śmietnik, tylko wykorzystuję je wielokrotnie. W zamrażarce robię z nich piramidki, opisując każde opakowanie. I potem mam do wykorzystania. Z przyjemnością podpatruję szefów kuchni (Marka Flisińskiego i Kamila Raczyńskiego możecie podglądać podczas Chef's Table) i staram się eliminować marnowanie jedzenia do minimum. To naprawdę nie jest trudne, po prostu wystarczy kilka małych nawyków i nie dość, że ma się czyste sumienie, to jeszcze pyszne dania!

od lewej: Kamil Raczyński i Marek Flisiński

Białe wino, które dodałam do policzków, to resztki wina w butelce, które miałam w lodówce. W Water&Wine bez problemu znajdziecie ich własne wina, bowiem na wzgórzach przylegających do restauracji jest winnica z kilkoma szczepami. I wina produkuje się na miejscu, jak większość składników dań. Nigdy nie przestanie mnie to zachwycać! Choć póki co cieszy mnie zerwany na balkonie rozmaryn, własnoręcznie wyhodowany. Nie mam takich terenów jak Water&Wine ale i tak zadziwiająco można wyhodować na miejskim balkonie!