Zarządzam audyt poświątecznych pozostałości. W swojej kuchni, ale i Was do niego zachęcam.  Zaglądajcie do lodówek, na balkon i spiżarnii. Dawajcie resztkom szansę, niech się nie marnują. Metamorfoza potrafi zaskoczyć, bożonarodzeniowe ciasta mogą zostać truflami, buraki z zakwasu zmienić w intrygujący smakowo bigos, a za dużo kupionego pieczywa skończyć w brownie. Jeśli w Waszych lodówkach wciąż jest zbyt dużo bożonarodzeniowych dań,a nie macie apetytu na nie w nowej wersji, dajcie sobie czas na powrót ponownej namiętności. Niech Wasze drogi się rozejdą na moment. Karp, pasztet, makowiec i pierogi przeczekają te ochłodę uczuć w zamrażarce. Za kilka miesięcy, gdy zatęsknicie, wystarczy wyjąć ukryte w niej skarby i nawiązać pyszną relację. Zachęcam Was do wykorzystania resztek, bo wyrzucanie jedzenia to najsłabszy z pomysłów. Powtarzam uparcie, że skala marnowania musi być zahamowna, bo świat w tej sprawie przekoroczył już rozsądne granice. 1/3 produkowanej żywności kończy w koszu, przeciętny Polak wyrzuca co miesiąc co najmniej 4 kilogramy jedzenia co miesiąc. W okolicach świąt pewnie dwa razy więcej. Te wszystkie firmowe Wigilie, przyjacielskie śledziki i miłe spotkania przy barszczu z uszkami. Ja z tego grudniowego przedświątecznego sezonu zapamiętałam smakowo tylko jedną kolację. Niezwykłą absolutnie. Inspirującą tak genialnie, że będę jej okruchami karmić się przez kolejne miesiące. To był rozkosznie obfity mikołajkowy  prezent podarowany przez niezawodną ekipię Water&Wine. Sugerowanie się określeniami z menu w Water&Wine to błąd. W tych nazwach na talerzu nic nie jest takie, jakby się mogło wydawać. Każde danie kryje niebywałą niespodziankę. Skrupulatnie wyważone,  zdominowane kolekcją subiektywnych wrażeń i doświadczeń. Marek Flisiński czuwa nad konceptem restauracji zlokalizowanej przy rozlewni wody Cisowianka i robi to z takim rozmachem, że wzbija się na kulinarne wyżyny. Ten rok zakończył nagrodą Galut Millau. Żółty Przewodnik uznał Go najlepszym szefem kuchni. Patrząc na te kreacje, które zespół Water&Wine tworzy, namawiam i Was do eksperymentów. Odczarujcie swoje bożonarodzeniowe przysmaki i zaserwujcie je w oszałamiającej odsłonie.  

Dziś wychodzę z kuchni i zabieram Was do pokoju dziecięcego. To zaproszenie dla tych wszysystkich, którzy mają dzieci - niekoniecznie swoje i chcą podarować im jakiś drobizag pod choinkę. Moje matczyne doświadczenie podpowiada mi, że zawsze trafionym prezentem są książki!One kreują niesamowicie wyobraźnię, przenoszą do magicznego świata i fundują zupełnie gratisowo szansę na przeżycie świetnej przygody. Moje dzieci czekają na wieczorny rytuał czytania, same wybierają historię, jaką dane dnia chcą usłyszeć. Emocjonują się opowiadanymi w książce wydarzeniami, sporo też przy okazji uczą. Staram się podrzucać im takie książki, które będą miały morał w zanadrzu. Łączę przyjemne z pożytecznym, ku zadowoleniu wszystkich. W tę Wigilię Gwiazdor przyniesie moim maluchom kilka nowości od Wydawnictwa Wilga. Każda z książek jest inna, więc już sama nie mogę się doczekać wieczornego spotkania z nimi. Piotruś Pan i Wendy Czarująca opowieść o wiecznym chłopcu, który nie chce dorastać. Napisana wdzięcznie, jestem pewna, że dzieci zasłuchają się w niej bezszelestnie. Historia pięknej przyjaźni opierającej się rozmaitym życiowym przeciwnościom. Magia i szczerość, dobro w starciu ze złem, radość zagłuszana łzami. Piotruś Pan gwarantuje cały kalejdoskop wrażeń, który spodoba się nawet tym, co przestali już dawno wierzyć w bajki Jacek i Agatka To wybór podyktowany sentymentem. Pamiętam bowiem te dwie kukiełki, które ubarwiały czarno-biały ekran telewizora mojego dzieciństwa. Wpatrywałam się w dobranockę i zawsze załowałam, że kończy tak szybko. Na szczęście para przekomarza się dalej, w papierowym wydaniu. Wierszyki i opowiastki są ponadczasowe, Wanda Chotomska wyłapuje niuasne w relacjach tej uroczej Agatki i kapitalnego Jacka. Książka z sukcesem opiera się upływowi czasu, wciąż jest niemal tak samo aktualna, jak 40 lat temu:) Mam nadzieję, ze moje dzieci zachowają ją dla swoich pociech:)   Elementarz dobrych manier Elementarz przydałby się też niektórym dorosłym:) Możecie położyć go niesfornym chłopakom i dziewczynom pod choinką. Aluzja powinna zostać zrozumiana w mig. Rady są bowiem takie, że trzeba przepuszczać panie w drzwiach. nie zabierać nie swoich rzeczy, nie mówić z pełnymi ustami, zjadać, co nam podadzą. Wszystko ładnie opisane też sugestywnymi obrazkami, więc nawet maluch pojmie zasady. Serce na sznurku Opowieści o perypetiach zwierząt zawsze wzruszają. W tej historii mała foczka traci mamę i choć bywa smutno, bywa też wrażliwie i pocieszająco. Jesteśmy świadkami rodzącej się pięknej, szczerej przyjaźni. To może być pretekst do rozmowy o tym, co w życiu naprawdę ma znaczenie. Książka jest wznowieniem, dostała nową okładkę i mniejszy rozmiar. Może ktoś z Was czytał ją w swoim dzieciństwie i ma ochotę wrócić do wspomnień? Listy od...Święta przez cały rok Lubię książki z morałem. Te dla dzieci szczególnie. Listy przekonają je, że świętować można każdego dnia. I że liczą się niepozrnie błahe uczynki, które mogą zmienić czyjeś życie. Nie znajdziecie w tej książce uroczego brodacza, którego sapiące renifery ciągną po świecie jednej nocy. Tu świętość ukryta jest pod podartymi dżinsami i wsiada do małego fiata. Bohater, pewnien młodzieniec szuka swojego taty, a każdy może w tej historii znaleźć uniwersalne przesłanie dla siebie. Książka została stworzona specjalnie dla akcji Empiku: To co najważniejsze, znajdziesz w środku. Cały zysk z jej sprzedaży firma przekaże fundacji Zaczytani.org. Pieniądze ułatwią tworzenie Bibliotek Małego Pacjenta. Zacztytanych Świąt Wam życzę. Niech jak najwięcej pysznych książek pojawi się pod Waszymi choinkami:)     

Szczypta prawdziwej miłości, garść rozgrzewających emocji, porcja świątecznej słodyczy i blasku. To przepis na jeden z najbardziej urokliwych symboli Bożego Narodzenia. Pierniczki, które stylowo obtoczone lukrem mogą zdobić choinkę, być niezobowiązującym prezentem i sprawiać nęcącą niespodziankę. Dopełniają magii świąt, krusząc się i chrupiąc uwodząco zarazem. Co roku zapraszam moje maluchy i ich przyjaciół do wspólnego pieczenia. Sypie się mąka, moździerz cierpliwie znosi ucieranie kolejnej porcji korzennej przyprawy, dzieci ukradkiem oblizują łyżki z cytrusowym lukrem. Na płycie ostrożnie roztapiamy czekoladę, która z gracją lśni potem na mięciutkich ciastkach. Nie obawiam się, że dzieci zrobią sobie krzywdę, bo używam płyty indukcyjnej Amica, która ma  system ChildLock. To blokada panelu sterowania. Gdy ją uruchamiam eliminuję poczucie zagrożenia, o które w przedświątecznym roztargnieniu łatwo. Płyta nie uruchomi się bez mojego wsparcia, żaden maluch nie włączy jej niepostrzeżenie. To rozwiązanie, które sprawia, że zaproszenie dzieci do kuchni nie wiąże się z nieprzyjemnymi niespodziankami. Dzieci uwielbiają pomagać, pozwalam im decydować o ilości przypraw i miodu, jakie trafiają do ciasta. Ja lubię smak wyrazistego gryczanego, który też pięknie barwi pierniki, maluchom odpowiada lekkość lipowego. Miód wprawdzie traci swoje zdrowotne właściwości w trakcie pieczenia, ale zastępowanie go zwykłym cukrem sprawi, że zabraknie odrobiny autentyczności w tych świątecznych wypiekach. Pamiętajcie, że do wypieków miód powinien być rozpuszczony i niezbyt gorący. Podobnie zresztą masło. Płyta ma świetną funkcję Booster, która zwiększa moc grzania i gdy ją uruchamiam znacznie szybciej składniki potrzebne do pierników stają się pożądanie płynne. Nie irytuję się, że któryś z nich może się przypalić, płyta pracuje z przytupem i błyskawicznie pozwala osiągnąć zadowalający efekt. Dzięki fukcji PowerBooster zagotowuje wodę w niespełna 4 minuty i wrzucam do niej wyczyszczone pomarańcze, które wymagają przed starciem skórki, wyparzenia. Nie tracę cennego czasu, którego przed świętami miewam deficyt. Najważniesze jest dobre ciasto i pilnowanie, by pierniczki się nie zarumieniły zbytnio. A o prawdę przecież chodzi niezmiennie. Choć ta dotycząca pierników jest trudna do odkrycia. Wiadomo, że ciastek nie wymyślono w Toruniu, które nieco zuchwale uznawane są za symbol miasta. Już w starożytnych notatkach sporządzanych w kuchni pojawia się przepis na miodownik z pieprzem, który przypomina pierwowzór piernika. Sława ciasta przetrwała i rozgościła się w domach na dobre w średniowieczu dzięki zakonnikom, którzy piekli je wytrwale. Do Polski piernik dotarł w XIV wieku i był uznawany nawet za lekarstwo. Receptury pilnie strzeżono, a ciastka okazały się tak cenne, że nawet wykupowano nimi długi. Pierniki podarowywano w prezencie, jeden z wyrzeźbionymi na nim symbolami Torunia dostała caryca Katarzyna. Piernik miał nie tylko słodki wydźwięk, doprawiony porządnie pieprzem serwowano w karczmach jako przekąskę do piwa. Nieco twarde ciastko, w którym mieszały się mocne korzenne nuty pysznie zaspokajało apetyt gości. Ci, którzy potrafili piec pierniki, zarabiali krocie, bo cukiernie czeladników radzących sobie z tym ciastem wynagradzały sowicie. Adepci tej sztuki już na starcie swojej kariery mogli liczyć na co najmniej trzy razy wyższą pensję niż inni cukiernicy. Fachu uczyli się przez co najmniej dwa lata, a umiejętności potwierdzone świadectwem dawały gwarancję stałego zameldowania w Toruniu. Chętnych nie brakowało! Dziś na szczęście mamy łatwiej, do upieczenia własnych pierników nie trzeba żadnych specjalnych umiejętności. Dobre ciastka wyjdą każdemu, kto podaruje im nieco serca i cierpliwości. Ode mnie dostaniecie przepisy do wykorzystania w przedświątecznym rozgardiaszu. Poświęćcie im chwilę, bo święta to nie tylko smak, ale i okoliczności, które je projektują. Wspólne rodzinne pieczenie, umorusanie lukrem i czekoladą ma swoje kuszące uroki. Dajcie się ponieść tej magii, niech w domu roznosi się rozczulający aromat piernika. I koniecznie ukręćcie swoją przyprawę korzenną. Mi zrobienie jej ułatwia funkcja Timer, którą posiada płyta Amica. Muszę jedynie ustawić czas prażenia składników i optymalną dla nich temperaturę, a potem zaparzyć sobie gorącą kawę, do której też dorzucę szczyptę piernikowej nuty. Gdy czas minie, płyta sama się wyłączy i jeszcze mnie o tym poinformuje dźwiękiem. Takie cuda i to wcale nie tylko świąteczne.

Do Świąt jeszcze nieco czasu, jednak warto pomyśleć, co mogłoby sprawić frajdę osobom zainteresowanym kulinariom. Gadżetów na rynku nie brakuje, jednak często lądują one w kącie, zupełnie niepotrzebne. Aby ustrzec przed wyrzucaniem, poniżej moja propozycja prezentów. Od jakiegoś czasu kupuję znacznie mniej książek, gdyż pod ich ciężarem regał już się ugina i nie mam miejsca na kolejne. Dlatego skrupulatnie dobieram nowe. Książki, które polecam mam i do nich wracam. Poza przepisami mają sporo treści, idealne do poczytania na długie, zimowe wieczory. 1. Gotuję, nie marnuję Tej książki przedstawiać chyba nie muszę :) Pierwsza książka Sylwii, która stała się bestsellerem już w pierwszych tygodniach po publikacji. Nic dziwnego, gdyż jest bardzo praktyczna, proponowane rozwiązania są proste i dzięki nim można wyczarować coś z niczego. To nie jest zwykła książka z przepisami, to drogowskaz, jak dobrze gospodarować własną kuchnią, jak planować posiłki by nie marnować żywności. W sam raz na prezent pod choinkę, by uratować świąteczne jedzenie przed wyrzuceniem. Więcej o książce przeczytacie tutaj - nikt nie opowie lepiej niż sama autorka. Książka Gotuję, nie marnuję jest nominowana do nagrody World Cookbook Fair - Gourmand International - Gourmand Awards  (to takie międzynarodowe książkowe Oscary). Mocno trzymam za nią kciuki! Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku. Sylwia Majcher Wydawnictwo Buchmann, Warszawa 2018 2. Italia do zjedzenia Książka dla wszystkich wielbicieli Włoch i włoskiej kuchni. To już drugie wydanie, uzupełnione względem pierwszego. Uwielbiam tę książkę, która podzielona jest na regiony Włoch, dzięki czemu można zobaczyć, jak włoska kuchnia jest zróżnicowana i bogata. Jako, że na regale książkowym kuchnia włoska doczekała się u mnie osobnej półki, bez wątpienia mogę stwierdzić, że jest to najlepsza książka z kuchnią włoską polskiego autora. Poza przepisami jest sporo opowieści, po których chce się spakować walizkę i uciec choć na kilka dni do Włoch. Wydana ślicznie, przepisy Krakowskiego Makaroniarza jak zwykle niezawodne (przepis na tartę cytrynową znajdziecie tutaj). Italia do zjedzenia Bartek Kieżun Wydawnictwo Buchamann, Warszawa 2018 3. Jajko Książka zaskoczy każdego. Skupiona na jednym składniku - jajku. Autorkami książki są wegetarianki, Kasia i Zosia, mama i córka, właścicielki i kucharki w Ranny Ptaszek w Krakowie. Jestem pewna, że każdy znajdzie w tej książce jajeczną inspirację. Jajko Pilitowska Katarzyna, Pilitowska Zofia Wydawnictwo Buchamann, Warszawa 2018 4. Najlepsze przepisy najlepszych restauracji Przełomowa książka kulinarna z nieznanymi historiami i sekretnymi przepisami najlepszych Restauracji. Aż 39 najlepszych Restauracji w Polsce i życiorysów Restauratorów oraz prawie 100 tajnych dotąd przepisów i ponad 300 zdjęć na 250 stronach w twardej oprawie ze wstępem Macieja Nowaka. "Polska jest gotowa by być kolejnym odkryciem światowej gastronomii!" - Maciej Nowak Najlepsze przepisy najlepszych restauracji Restaurant Week, Warszawa 2017 Książka do kupienia online tutaj (w wyjątkowej cenie 29zł) 5. &RAW &RAW to wrocławska manufaktura, która powstała z połączenia zwyczajnej potrzeby, zmysłu technicznego i miłości do jedzenia. Za tą marką stoi Piotr Andruszko, szef kuchni (który był szefem kuchni w mojej Restauracji), który z doświadczenia wie, co jest potrzebne w kuchni. Tworzy ze skóry zarówno fartuchy, zapaski, torby na noże, jak i akcesoria. Wszystko może być personalizowane, idealne na prezent. Fartuchy Piotra noszą m.in. kucharze w Campo (najpiękniejszej restauracji na świecie wg WORLD INTERIORS NEWS (WIN) AWARDS 2017), w Zoni (gdzie Szef Kuchni Aleksander Baron został Szefem Jutra wg Gault&Millau), czy Yemsetu (miejsce z najlepszym ramenem i sushi we Wrocławiu wg mnie :) Gdy zobaczyłam skórzane notesy, od razu pomyślałam o Sylwii. To nie jest zwykły przepiśnik. Skórzana obwoluta zaprojektowana jest tak, że mieści się tam zeszyt, kalendarz czy ulubiony notes. Po zapisaniu wystarczy wymienić na nowy. To nietuzinkowy prezent, który dodatkowo może być spersonalizowany imieniem lub inicjałami. Taki prezent będzie służyć przez całe lata.  Zobaczcie na www lub na instagrama, jakie cuda tworzy Piotr. 6. UMAMI Całości dopełnią kosmetyki naturalne (tak naturalne, że można je jeść!). "Świat Umami czerpie z natury. Dłońmi doktor Doroty Rutkowskiej miesza ją w kremach, romansuje z serum, wchodzi w pyszne mydlane mariaże, koleguje się z balsamamiUmami dzięki wiedzy i niebywałej intuicji lekarki z ponad 20 letnim doświadczeniem  krąży wokół aktywnych składników kwiatów, owoców czy warzyw, zagląda do oranżerii i ogrodu" tak napisała Sylwia. Więcej  tych kosmetykach przeczytacie tutaj. Zapakowane są bardzo elegancko, wystarczy dodać bilecik, włożyć pod choinkę i obserwować radość obdarowanej osoby. 7. Kolacja degustacyjna w Water&Wine lub Chef's Table Na temat Water&Wine pisałyśmy już z Sylwią wielokrotnie. Dla mnie to miejsce wyjątkowe, wręcz magiczne. Ilekroć tam jestem mówię, że jestem w raju. Inaczej nie potrafię określić tego, co stworzyli w Drzewcach kucharze i cała ekipa, biorąca udział w tym koncepcie. Marek Flisiński zdobył właśnie najbardziej prestiżowy tytuł wg wg Gault&Millau - tytuł Szefa Roku. Choć bez dwóch zdań jest to miejsce, które zasługuje na gwiazdkę Michelin (i to niejedną!), to dobrze, że jej nie ma. Dzięki temu jest bardziej dostępne dla wszystkich, a na wolne stoliki nie trzeba czekać miesiącami. Dla mnie wyjazd tam jest jak wygrana w totolotka. Dlatego z całego serca polecam rezerwację tam kolacji w prezencie dla kogoś bliskiego. Kolacja trwa 3 godziny, a doświadczenie zostaje w pamięci na zawsze. Jestem pewna, że tak jak ja pokochacie to miejsce. 8. Voucher do restauracji Wyjście do restauracji jest zawsze świetnym rozwiązaniem! Można wykupić wcześniejsze rezerwacje na nadchodzące festiwale. Co to oznacza? Obdarowani sami będą mogli wybrać menu i restauracje, do których pójdą. Czy jest ktoś, kto nie chciałby dostać takiego zaproszenia?

9. RAM Cafe W czytaniu książek i w przygotowywaniu dań wg przepisów pomoże dobra muzyka. Na taką zawsze można liczyć w składance wrocławskiego Radia RAM, ułożonej przez Piotra Bartysia, czyli RAM Cafe. Najnowsza Ram Cafe 13 jest już w sprzedaży i wierzę, że znajdę ją jak co roku pod choinką (na razie kupiłam w prezencie). Wśród proponowanych prezentów, kilka z nich (lub ich autorów) pochodzi z Wrocławia, z czego jestem szczególnie dumna! Sylwia Majcher, współautorka naszego bloga i autorka książki "Gotuję, nie marnuję" to moja przyjaciółka z piaskownicy, z tego samego wrocławskiego podwórka :) &RAW, UMAMI, RAM Cafe 13 - również "Made in Wrocław". 10.Kulinarne prezenty Do tego warto dodać coś od siebie, kulinarny prezent od serca doceni każdy! Mogą to być trufle, pralinki, czy własnoręcznie wykonana bombonierka. Mogą to być nalewki, sól smakowa, ciasteczka czy konfitury do herbaty. Po inspiracje zerknijcie na nasze przepisy na kulinarne prezenty. Czekoladki z malinami

Wpadają mi w ucho pierwsze dźwięki świątecznych przebojów. Widziałam już romantyczną komedię obudowaną bożonarodzeniową scenografią. Nastawiłam ciasto na długo dojrzewający piernik staropolski. Kompletuję powoli przepisy na dania, którymi chciałabym ugościć bliskich. Co roku dobarwiam menu, klasyki serwuję w towarzystwie totalnych premier. Lubię zaskakiwać, sprawiać frajdę. Prośby o przepis są najlepszą recenzją moich kulinarnych poczynań. Grudniowo moje myśli krążą wokół świątecznego obiadu. Jakiś czas temu czerwony barszcz  i zupa z suszu wyeliminowały grzybową z naszego wigilijnego jadłospisu. Ale za to nadrabiamy w czasie świątecznego obiadu, bo na stole obowiązkowo pojawia się sos grzybowy. Rzadko sam, dobieram mu do pary soczyste mięso, które otacza z właściwą atencją. Duet pachnie zmysłowo i kusi niemożebnie, bo grzybowy aromat jest nie do podrobienia.   Do tego swatania staram się trzymać w bawełnianym woreczku garść suszonych grzybów, ale gdy zapasy są na wyczerpaniu, szukam wsparcia. Wymagania mam spore, bo świąteczny dom musi pachnieć porządnie tym leśnym smakiem nie do podrobienia. Butelka koncentratu Krakus zdaje egzamin i spełnia oczekiwania. Sos jest gęsty, treściwy i wypełniony intensywnością. Koncentrat powstaje z suszonych grzybów i nie ma niepotrzebnych dodatków. Zresztą już otwarcie butelki przynosi tego dowód, bo grzyby dominują i potęgują aptetyt.   Mieszam więc koncentrat grzybowy ze śmietaną i podlewam opieczone sznycle. Na finał sypię wszystko tymiankiem i nieoczywistymi chrupkami z kaszy gryczanej. Wychodzi mi z tych eksperymentów sprytna zapowiedź świątecznego obiadu. Korzystajcie z niej śmiało w Waszym przedświątecznym rozgardiaszu.  

Niejednokrotnie pisałam o swoim uwielbieniu do ciasta drożdżowego. Jednak gdy wpadam w trans, piekę je tak często, że zdarza mi się, że czasem ono zostaje. Zostaje lekko wyschnięte i aż prosi się o ponownie świeżą chałkę, drożdżówkę czy brioszkę, pomimo, że zostały poprzednie. Co wówczas zrobić? Patentów jest wiele, ale najważniejsze nie wyrzucać! Takie podsuszone kawałki drożdżowego ciasta są idealną bazą do nowych dań, które zachwycą Wasze kubki smakowe. Ostatnio wpadłam w ciąg chałkowy (tu chałka tradycyjna, a tu chałka maślana) zainspirowana chałkami wypiekanymi w Water&Wine. Jeszcze ich nie próbowałam (ale łudzę się, że w grudniu będzie mi dane ich spróbować!), ale wyglądają tak smacznie, że postanowiłam już wielokrotnie stworzyć je w domu i pozostać w duchu kuchni w Drzewcach, czyli nic nie marnować. Szef kuchni Water&Wine, Marek Flisiński wraz z cała ekipą dbają o to, aby resztki przeobrażać w pyszne fine diningowe dania. Dlatego kilkudniowe chałki nabierają u mnie nowej mocy. Ale po kolei.

  1. Tosty z chałki z awokado i jajkiem sadzonym.
To danie, które czasem zamawiam w topowych restauracjach śniadaniowych, a teraz odtwarzam je w domu, wykorzystując czerstwa drożdżowe. Składniki:
  • 2 kromki czerstwej chałki
  • 1 średniej wielkości awokado
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka masła klarowanego
  • sól, pieprz
Sposób przygotowania:
  1. Awokado przekrój na pół, wydrąż łyżką połówki miąższu i pokrój go w plasterki.
  2. Na patelni rozpuść masło i obsmaż chałkę z dwóch stron.
  3. Ściągnij chałkę z ognia i na tym samym maśle usmaż 2 jajka sadzone.
  4. Na podsmażoną chałkę ułóż pokrojoną połówkę awokado i jajko sadzone. Dopraw solą i pieprzem.
2. Bread and butter pudding Pisałam już o tym tutaj. Za każdym razem zachwyca swoją prostotą i smakiem. Wystarczy zapiec kromki chałki w masie jajecznej, by zyskać pyszne, niebanalne śniadanie. Nikt nie uwierzy, że to dani z resztek! 3. Okruchy z chałki Idealny dodatek do dań. Nie muszą to być kromki, wystarczą prawdziwe okruchy, kawałek piętki. Smażone w palonym maśle zyskają orzechowy posmak i urozmaicą niejedno danie. Polecam typowy comfort food, czyli kluski leniwe z okruchami ciasta drożdżowego w palonym maśle. Tak proste i tak dobre, że powinniście spróbować. Grunt, to nie wyrzucać. Sposobów na wykorzystanie jest wiele. Przychodzi mi na myśl z dzieciństwa jedyna lubiana przeze mnie zupa mleczna, czyli z okruchami z bułki (jedyne pozytywne jedzeniowe wspomnienie z przedszkola). W nowym wydaniu możecie chałkę porwać, usmażyć na maśle i zjeść z jogurtem naturalnym i mrożonymi malinami. Pyszny początek dnia gwarantowany!

Bez wątpienia jestem italioholikiem, o czym może świadczyć fakt, że wyjazd do Apulii to mój 11 wyjazd do Włoch. Włochy za każdym razem mnie zaskakują i pozostawiają niedosyt. Tak tez były tym razem, gdy planowałam wyjazd GDZIEŚ na kilka dni i rozważałam, czy kupić bilety do Kijowa, czy do Lwowa. Kupiłam do Bari, nie pytajcie mnie dlaczego :) Od razu zarezerwowałam nocleg i zaczęłam odliczanie do pierwszych dni września. Noclegi Apulia słynie z wielu cudnych miasteczek, których nie sposób zobaczyć podczas jednego krótkiego wyjazdu. Po prostu trzeba tam wrócić. Nie widziałam nawet perły tego regionu, czyli Alborobello - miasteczko urokliwych domków truli. Chciałam odpocząć, dobrze zjeść i trochę zobaczyć. Stąd też zmieniłam zdanie i noclegi w Bari zamieniłam na noclegi w Barletcie. Dlaczego? Za radą kolegi, który był i "ostrzegł" mnie, że Bari to miasto portowe, bardziej turystyczne, o czym faktycznie się przekonałam. Barletta jest miastem nad samym morzem, z najszerszymi plażami w tym regionie. Mieszkałam w apartamencie z tarasem B&B Le Statuine guest house (rezerwować możecie np. na booking.com), z którego w oddali było widać morze. Apartament bez luksusów, ale w pełni komfortowy dla 2 osób na kilka dni w atrakcyjnej cenie. Na stanie była m.in. kawiarka, więc wyposażenie idealne. Do tego wina, które można było kupić za 5-7 euro, wszystkie pochodzące z tego regionu. Do wszystkich atrakcji (plaża, katedra, zamek, dworzec) można dojść w kilka minut. Mieszkanie z starej kamienicy, w uliczce gdzie mieszkali sami Włosi ma swój niezapomniany urok. W Barletcie tylko raz spotkaliśmy turystów (Szwedów, w restauracji). Właściciel apartamentu po angielsku nie mówił, ale google translator załatwił wszystko ;) W informacji turystycznej również ni porozmawiacie po angielsku, jednak spotkacie się z wielką uprzejmością i po chwili udało mi się dowiedzieć, gdzie mogę kupić znaczki na kartki. Barletta Jak większość miasteczek w tym regionie ma katedrę i zamek. Mnie najbardziej urzekł klimat tego miejsca. To prawdziwe Włochy, gdzie rano panowie (przede wszystkim) czytają w kioskach na stojąco gazety, popijając kawę (w takich miejscach kawa z ekspresu jest bardzo tania, w drodze na plażę za espresso i cappuccino zapłaciłam łącznie 1,5 euro!). Warzywa i owoce można kupić na ulicy od starszych panów. Raz też spotkałam auto rozwożące sezonowe warzywa i owoce.

Pomimo w pełni wyposażonej kuchni, nie gotowałam, jedynie przygotowywałam śniadania. Włoska słodka wersja śniadań zdecydowanie nie jest dla mnie ;) 50 metrów od apartamentu jest piekarnia (z tradycjami od 1948roku), gdzie można kupić pyszną foccacię czy inne pieczywo, a także świeżą burratę, sery, oliwki, wędlinę. Apulia słynie m.in. właśnie z focacci i burraty. Focaccia jest tu nieco inna niż w innych regionach Włoch, jest z dodatkiem semoli, stąd jej żółty kolor (podobnie jak pieczywa). Najsłynniejsza burrata jest z Andrii i można ją kupić dosłownie wszędzie, jest dostępna zarówno w piekarniach, jak i w marketach. Gdziekolwiek nie kupicie, będziecie zachwyceni. Do tego koniecznie pomidor i oliwa. Jeśli nie macie w planie wyjazdu do Apulii, burrata od niedawna dostępna jest w Lidlu.

Ponieważ do Barletty dotarłam wieczorem, na ulicach przywitał mnie tłum ludzi. Głównie starszych panów. Panie widziałam później, siedzące na wszystkich możliwych skwerkach i ławkach. Wieczorem popularne jest passeggiata, czyli spacerze po centrum miasta. Barletta Plaże w Barletcie są prywatne (płatne leżaki) i publiczne. Byłam na początku września, czyli już po włoskich wakacjach i były pustki. Adriatyk ciepły, plaża piaszczysta. Jeśli jest duży przypływ, zdarzają się wodorosty na plaży (pierwszego dnia ich nie było, a później już tak). Każdy dzień zaczynałam od godzinnego pobytu na plaży (było naprawdę gorąco, więc dłużej nie dałam rady ;)), a potem jechałam dalej (spóźniając się już na targi rybne - coś za coś). Wzdłuż morza prowadzi promenada z palmami i ścieżki, na których można spotkać dużo biegaczy. Barletta Barletta - gdzie zjeść? Całe miasto obejdziecie w 1 dzień. Większość restauracji położonych jest przy starówce. Zaraz po przylocie, późnym wieczorem  poszłam do Lupo di Mare , słynącej z owoców morza.Chwilę po naszym przyjściu zapełniły się 2 sale restauracyjne i ogródek. Włosi jedzą bowiem późno, gdyż restauracje otwierane są dopiero o 19:00 lub 20:00 (wcześniej możecie zjeść w godzinach 12:00-15:00, a później do 19:00/ 20:00 jest siesta). Apulia słynie z owoców morza, do których długo nie trzeba mnie namawiać. Dla mnie pod tym względem w Apulii był raj :) Przede wszystkim słynie z ośmiornicy, przyrządzanej na wiele sposobów i jeżowców.Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Zamówiliśmy talerz owoców morza dla 2 osób (kalmary, ośmiornice, krewetki) oraz krewetki olbrzymie. Do tego podano pieczywo, m.in. taralli (niestety nie mam na zdjęciu), są to jakby obwarzanki, te były z anyżem, ale było zaskakująco dobre. Wszystko było świeże, chrupiące bez zbędnych dodatków. Krewetki usmażone punkt, soczyste. Ledwo mogłam się ruszać po tym posiłku (bo wygłodniała po podróży rzuciłam się najpierw na pieczywo ;) Radzę Wam tam pójść wcześniej, ok. 19-20ej, bo od 21:00 wszystkie miejsca są zajęte. Batltta gdzie zjeść w BarletcieBatltta gdzie zjeść w Barletcie Kolejnego dnia (spędzonego w Barletcie) kolację zjadłam tuż przy katedrze w Osteria Al Duomo. Tu też trzeba być o 19:00, bo pół godziny później nie ma wolnych miejsc. Obsługa bardzo sprawnie sobie radzi, przynosząc po kolei do wszystkich stolików pieczywo, wodę i dopiero zbiera zamówienia. Zamówiliśmy steka, pieczone mule i ośmiornicę alla Luciana. Stek był w sosie z zielonym pieprzem, do którego dodano carry. Hmm... ten mariaż nie przekonał mnie ;) Ośmiornica z kolei była marynowana, w takiej wersji wcześniej nie jadłam. Później zobaczyłam, że można ją kupić w każdym markecie na wagę i takę wersję Wam polecam ;) Kawa wszędzie jest dobra i mocna. Zapomnijcie na chwilę o alternatywach. Trani 7 minut pociągiem od Barletty jest Trani. Jest to śliczne miasteczko, które zachwyciło mnie bardzo. Przede wszystkim dlatego, że nie było turystów i wyglądało bajkowo. Katedra jest położona nad samym morzem i pięknie prezentuje się z brzegu cyplów, które są obok. Na każdym z nich na końcu jest latarnia, na kamienistych zboczach można spotkać opalające się osoby, ale jest nadzwyczajnie pusto. Obok zamek i port, przy którym zgromadzone są restauracje. Moim celem było spróbowanie jeżowców, więc skrupulatnie studiowałam menu wystawione na zewnątrz restauracji. I w końcu znalazłam jeżowce (ricci) i to w śmiesznej cenie: 1 euro za sztukę w Trattoria Rampa La Conca. 2 lata temu na wyprawie kulinarnej do Grecji z Kuba Korczakiem miałam przyjemność je jeść (łowił je Kuba), a nawet obierać. Jest to bardzo czasochłonne, stąd cena w Trani była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Oprócz jeżowców oczywiście krewetki, jestem od nich chyba uzależniona. Jeżowce świeże, w smaku takie, jak zapamiętałam z Grecji. Jeżowce to poza ośmiornica kolejna perła Apulii. Można je kupić na tutejszych targach rybnych, ja trafiłam już na zamknięcie. Trani to cudne miasteczko na powolne spacery i delektowanie się nadmorskimi widokami. Bari W Trani celowo posiłek był lekki, gdyż kolejnym celem tego dnia było Bari. Tu już nie ma tak ładnych uliczek, w powietrzu czuć smog i na każdym kroku można usłyszeć zarówno język polski, jak i języki naszych sąsiadów. W kulminacyjnych punktach jest naprawdę dużo turystów i dosyć szybko zmęczyłam się tam. Więc ilość wypitych kaw była większa niż zazwyczaj ;) Cały czas trzymałam miejsce w żołądku na kolację. Miejsce, które wybrałam poleciły mi 3 niezależne osoby, które tam były. To pizzeria prowadzona przez Włochów, bardzo oblegana w godzinach wieczornych, więc warto być kwadrans przed otwarciem (we wrześniu otwiera od 19:30) - Il Rustico. Bari Il Rusico Menu krótkie, do wyboru zestaw za 6 i za 10 euro. Bierzemy obie. W obu wersjach w cenie jest napój (woda lub piwo), pieczywo, bruschetta, pizza (do wyboru) a także limoncello i sorbet limonkowy na koniec. W zestawie za 10 euro dodatkowo są przystawki w ilości olbrzymiej! Początkowo dostałam talerz, by sobie je nałożyć. Choć nie brałam dużo, najadłam się już nimi. Byłam pewna, że dostanę wybraną już pizzę, ale okazało się, że byłam w błędzie! Kelner zaczął donosić kolejne przystawki, m.in. talerz wędlin i serów. Porcje są olbrzymie i to główna zaleta tego miejsca. Przystawki smaczne, pizza też, ale nie jest to pizza, którą będę wspominać przez długi czas. Po prostu poprawna, we Wrocławiu można zjeść o wiele lepszą ;). Miejsce mam wrażenie mocno pod turystów, o czym świadczą nazwy pizzy, m.in. Cracovia czy Varsavia. Warto się jednak tu wybrać, aby zobaczyć klimat tego miejsca, biegającą obsługę i spróbować wielu przysmaków Włoch. Sorbet na koniec jest wyśmienity i cudownie łagodzi wcześniejsze obżarstwo, bo jedzeniem trudno to nazwać. Il RusticoZ Bari na pewno będę wspominać Włoszki, które na ulicy robiły makaron. Tak, to się dzieje tu naprawdę! Orecchiette to tradycyjny makaron Apulii. Najbardziej znany to orecchiette con cime di rapa, czyli orecchiette z brokułem liściastym / rzepą brokułową. Nie było teraz na niego sezonu, więc najczęściej można było spotkać orecchiette z sosem pomidorowym. Przyznaję się, że nie spróbowałam, ale w drodze na lotnisko kupiłam świeży makaron i właśnie z sosem pomidorowym przygotowałam go w domu. IMG_4250 orecchiette Polignano a Mare Tu trzeba być koniecznie. Jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam w Europie. Najsłynniejsza plaża Cala Lama Monachile położona jest w centrum miasta. Otaczają ją skały, plaża jest kamienista, a woda krystalicznie czysta. Tego widoku nie da się zapomnieć, a zdjęcia nie oddają nawet w połowie tego uroku. Polignano a Mare Polignano a Mare Polignano a Mare W drodze z dworca na plażę wstąpiłam na kawę (nawet na dwie, w dwóch kawiarniach ;)), specjał tego regionu (słynący z miejscowości obok, ale tu również dostępna) - kawa z kostkami lodu i mlekiem migdałowym (latte di mandorla) - caffe leccese. caffe leccesecaffe leccese Tuż przed plażą z kolei jest cukiernia, której nie można ominąć - Martinucci, działająca od 1950 roku w kilku miastach we Włoszech. Nie jem słodyczy, jednak tu spróbowałam. Do tej pory we Włoszech przez lata trafiałam na przesłodzone lody. Tutaj były najlepsze, jakie kiedykolwiek w życiu jadłam (część lodów jest bio). Intensywny aromat pistacji i orzechów laskowych, delikatnie słodkie. Podobnie jak pasticciotto, słynne ciastko z tego regionu. Pod otoczką z ciasta kruchego znajduje się delikatny krem na bazie żółtek, mleka i masła. Niby banał, al w tym wydaniu jest wręcz wybitny. W kolejnych miejscach nie było już aż tak smaczne. Koniecznie trzeba tu przyjść i oddać się rozpuście! MartinucciNa obiad wybrałam hipsterskie miejsce, które zostało mi polecone, słynące... z owoców morza - Pescaria. Wybraliśmy 2 bułki: z ośmiornicą i z miecznikiem. Obie bogate w smaku i olbrzymie :) Nie mogłam też nie wziąć ostryg (do wyboru są 2 rodzaje), które uwielbiam. Przychodząc był tłum, później już się wyludniło. Obsługa zapomniała o połowie zamówienia i nie zdarzyło się to tylko nam, ale po kilkudziesięciu minutach odnalazła się zaginiona bułka z kotletem z miecznika :) Pescaria Polignano a Mare Ogólne rady / spostrzeżenia:
  • Nie zdziwcie się, gdy nie dostaniecie wszystkich dań naraz. Często jest bowiem tak, że gdy kończy jeść jedna osoba, druga dopiero dostaje swoją porcję.
  • Na ogół doliczane jest coperto (zwykle 2 euro od osoby), w tej cenie zawarte jest pieczywo.
  • Godziny otwarcia restauracji: 12:00-15:00, później od 19:00 (lub 20:00). Niektóre restauracje otwarte tylko wieczorem.
  • Kawa jest tania, espresso kosztuje 0,7-1 euro, cappuccino 0,8-1,5 euro. W niektórych miejscach są 2 ceny kawy: ta tańsza dotyczy kawy pitej przy barze, na stojąca, ta druga przy stoliku. W Apulii jest na ogół jedna cena.
  • Włosi na śniadanie jedzą zwykle ciasteczko lub rogalika. O śniadaniach takich jak w Polsce zapomnijcie :)
  • Włosi jedzą obfite kolacje (stąd może brak głodu rano), więc patrzą czasem dziwnie na mnie, gdy zamawiam jedno danie, to całkowicie niewłoskie zachowanie. Ze względów zdrowotnych muszę jeść jednak często, więc nie jestem w stanie zjeść kilku dań.
  • Jeżdżąc pociągiem nie zapomnijcie skasować biletu przed wejściem do pociągu. Na peronach są zielone kasowniki.
  • Podróż pociągami wzdłuż wybrzeża jest bardzo malownicza. z jednej strony w oddali widać morze, a trakcje kolejowe otoczone są gajami oliwnymi i winnicami. Na zboczach z kolei bardzo często rośnie opuncja figowa, na którą we wrześniu był sezon.

Próbowałam doliczyć się wszelkich odmian pomidorów. Kiepsko mi szło, bo pogubiłam się wśród tych tygrysich, paprykowych, koktajlowych, truskawkowych, śliwkowych, podłużnych, żółtych, zielonych, brązowych, malinowych, spotkałam nawet koralikowe, w kształcie bawolich serc i te zwane gargamelami. Wiem, jednak, że wrzucanie ich wszystkich do jednego koszyka to barbarzyństwo. Każdy z nich ma swoje słabości i potrzebuje właściwego traktowania. Co pomidor to inne wyzwanie. Te najmniejsze zjawiskowo się zgrillują na kromce chleba skropionego wcześniej oliwą i wymarowaną świeżym czosnkiem. Nie wymagają nawet, by odrywać je z gałązek. To część, która nadaje się do zjedzenia!Jeśli jeszcze nie próbowaliście, warto nadrobić zaległości. Niech dobre rzeczy się nie marnują:) Z drobnych pomidorów powstaną też słodkie konfitury. Doprawione cukrem pudrem, który nada im karmelowej szlachetności zimą nostalgicznie przywołają wakacyjne wspomnienia. Z tych podłużnych, śliwkowych czy rzymskich najlepiej zrobić ketchup, przecier lub sos. Są dość wodniste i mięsite zarazem. W sam raz do zamknięcia w słoiku. Podobne nieco do nich, choć znacznie dłuższe są pomidory paprykowe. Więcej w nich soczystości i słodyczy. Nie mają zbyt wielu nasion, rozkosznie oblebią sos do makaronu. Większe od nich bawole serca można pokroić w plastry, skropić oliwą, oprószyć pieprzem i solą, przełożyć kawałkami koziego sera i zajadać się w surowym wariancie. Dobrze sprawią się też zagotowane w zupie. Tej delikatnej, na pieczonym czosnku i czestwym chlebie. Do posmakowania nawet u progu jesieni. Gargamele imponują wagą - jeden może mieć nawet i ponad pół kilograma. Pachną nieziemsko, nie mają w sobie zbyt dużo wody, a pokrojne w ćwiartki i wymieszane ze śmietną oraz cebulą są kwintesencją lata. Dają się też faszerować - to dobra wnętrze do wykorzystywania resztek. Nasypcie do środka nieco ugotowanego wcześniej ryżu, kaszy, świeżych lub suszonych ziół i powstaje kolacja. Do słoików, gdy mają stylowo być układane w całości, najlepiej wybrać pomidory San Marzano. Owalne, długie, bez pestek nie tracą swojej szlachetnej prezencji pod wpływem temperatury. Trzeba je jednak obrać, mają dość twardą skórkę. Do barwnego ususzenia przydadzą się pomidory tygrysie. Są żółte i czerwone, ocieplone naturalnym słońcem pięknie wkomponują się w tarty, sałatki czy makaron. Można je potem też zalać oliwą z bazylią czy czosnkiem i czekać aż oddadzą swój silny aromat. Na kolana potrafią mnie rzucić kiszone pomidory! To preludium do poważniejszej konsupcji lub niezobowiązująca przekąska. Cały wschód się nimi objada, niech przenikną smacznie do naszej kuchni. Zielone pomidory spektakularnie zasłyneły w amerykańskiej powieści, a potem filmie na jej podstawie, gdzie je smażono. Surowe też dają radę i choć nie są dojrzałe, to wcale nie szkodzą. Te w cieńkich plastrach lubię z octem balsamicznym, świeżą miętą, grzanką i mozzarellą. W tym zestawieniu dominuje siła prostoty, która smakuje wyśmienicie. Najlepiej korzystać z pomidorów ze sprawdzonego źródła. Te posiane we własnym ogródku, szklarni  czy na polu są bezapelacyjnie najlepsze. W czasie inspirujących spotkań w Water&Wine w Drzewcach dostrzegam niuanse. Ekipa rządząca w kuchni ma swoje uprawy, pomidory na talerz trafiają niemal prosto z krzaka. Szefowie kuchni wiedzą, kiedy są najlepsze, obserwują cały proces ich dojrzewania, eksperymentują z odmianami. W tym smaku nie ma niepotrzebnej chemii, wystarczająco dobrze troszczy się o nie natura i cierpliwość ogrodników. Ta została nagrodzona i koncept Water&Wine trafił do prestiżowego  przewodnika Gault&Millau. W Drzewcach kucharze szukają pomysłu na wykorzystanie każdej części warzyw czy owoców. Sporo produktów - dość nie oczywistych, jak kurki, przerabia się tam na nalewki, mnóstwo marynuje i kisi. Czerpię z patentów Water&Wine i znajduję patent na pozostałe po robieniu letniej zupy  sórki pomidorów. Też mają swój charakterystyczny aromat i smak , do tego garść witamin, więc uznaję, ze nie należy się z nimi rozstawać bezsensownie. Po obraniu pomidora skórkę wystarczy ususzyć - naturalnie na słońcu lub wspierając się temperaturą piekarnika. Potem można przechowywać w słoiku - saute lub z dodtakiem suszonej bazylii, czosnku czy oregano. To intensywna przyprawa, którą dodaję do sosu, kolorują nią kruche ciasto tarty i posypuję sałatę. Słoiczek z pudrem wręczam znajomym w ramach prezentu, co zawsze zaskakuje.

 Co trzecia torba, którą przynosimy ze sklepu trafi do śmietnika. Na zakupach zamiast rozsądku prowadzi nas bowiem apetyt. Pusty żołądek przejmuje kontrolę i sugeruje, że do koszyka powinno trafić więcej niż potrzebujemy. Naiwnie ulegamy złudzeniom i chwytamy rozmaite okazje. Jesteśmy łasi na promocyjne triki i impulsywnie wypełniamy koszyk po brzegi. Z tą pieczołowicie gromadzoną w sklepie obfitością w domu jednak sobie nie radzimy. W badaniach Banków Żywności przyznajemy uczciwie, że nie mamy pomysłu, jak wykorzystać wszystkie kupione produkty. Na liście naszych przewinień jest też złe przechowywanie i przegapianie daty ważności. To najczęstsze powody wyrzucania żywności. W koszu przeciętnego Polaka lądują cztery kilogramy jedzenia miesięcznie, co sprawia, że trafiliśmy na piąte miejsce wśród europejskich krajów najbardziej marnujących żywność. Ponure statystyki odbijają się też w naszym portfelu. Za duże zakupy kosztują nas rocznie tyle, ile całkiem przyzwoite wakacje. Fundujemy też sobie ekologiczną katastrofę, bo jedzenie, którego się pozbyliśmy, długo zalega na wysypiskach śmieci i wtłacza do atmosfery niemal tyle samo gazów cieplarnianych, co cały przemysł lotniczy.   Ekskluzywny powrót śmieci O tym, że problem jest poważny świadczy zaangażowanie uznanych szefów kuchni, którzy ochoczo od pewnego czasu serwują dania z niewykorzystanej żywności. ałkiem zacne mają efekty. Taki Dan Barber, do którego nowojorskiej restauracji ustawiają się kolejki, zaprosił na kolację trzydziestu premierów i karmił ich tym, co większość bez wahania by wyrzuciła. W menu pyszniły się obierki, burgery z pulpy, jaka zostaje po wyciśnięciu soku, sałatki aromatyzowane skórkami cytrusów czy gofry z porzuconych po śniadaniu płatków. Wyrafinowane podniebienia gości nietypowy jadłospis doceniły, na sali wybrzmiały brawa, pojawił się zachwyt  magią, jaką autorowi udało się stworzyć. Niechciane końcówki, pomarszczone warzywa, skrawki mięsa trafiły na talerz w zupełnie nowej odsłonie i brawurowo odczarowały prezentujące się dotąd nieciekawie pozostałości. Natomiast włoski kucharz, Massimo Bottura, właściciel Osteria Francescana  uznanej w tym roku za najlepszą restaurację na świecie, skrzyknął swoich kolegów i w czasie międzynarodowych targów Expo w Mediolanie zbierał wszelakie nadwyżki jedzenia, by razem z najlepszymi szefami kuchni przyrządzać z nich wytworne dania dla ubogich. Restauracja zorganizowana pod wpływem impulsu, który uruchomił się w Botturze na widok wyrzucanych ton dobrych wciąż warzyw czy owoców,  przerodziła się w długofalowy projekt, nadal prężnie działający w okolicach mediolańskiego dworca. Każdego dnia, dzięki uruchomionej kilka lat temu inicjatywnie, z produktów, których nie chcą już sklepy, kucharze przygotowują posiłki dla kilkuset głodnych potrzebujących. Sam Massimo Bottura pojawia się z menu, które kreuje z niewykorzystanych produktów,  na rozmaitych dużych imprezach, jak chociażby Igrzyska Olimpijskie i przekonuje, że dobre rzeczy nie mogą się marnować. Gotuję, nie marnuję Warto więc czerpać z cennych wzorców i częściej stawiać, to co nam zostaje na stół, niż wrzucać do śmietnika. Skoro wykorzystanie wszystkiego do ostatniego okruszka, od trzonka do korzonka staje się w końcu hasłem obowiązującym w wielu uznanych restauracjach,  może być także przewodnikiem w domowej kuchni. Trzeba spojrzeć przyjaźniej w kierunku zwiędniętej pietruszki i zmiksować ją w koktajlu. Odda cenne witaminy, a nie będzie zniechęcała nieciekawą aparycją. Ciemne banany niech zatopią się w ekstremalnie czekoladowym cieście, którego nie trzeba będzie już dosładzać, bo dojrzałe owoce mają nadmiar naturalnego dobrego cukru. Kromkami suchego chleba można zagęścić klasyczną pomidorówkę i tym trikiem zafundować jej kuszącą metamorfozę. Te pierwsze nieśmiałe propozycje mają przekonać sceptyków, że by zrobić finezyjną kolację, wcale nie trzeba szukać inspiracji na zakupach. One są do odkrycia w …lodówce. Miejscu, które powinno być sklepem pierwszego wyboru. W jej czeluściach tkwi potencjał nie do zmarnowania. Siła dobrej lodówki jest bowiem ogromna. To ona może być naszym wsparciem na wyboistej drodze ku kulinarnej roztropności. Mamy tendencję do wypełniania jej po brzegi, bez szczególnego planu. Pośpiesznie upychamy w lodówce zgromadzone zapasy i równie prędko o nich zapominamy. Przepis na sukces Marchewki, które miały być starte na soczystą surówkę, niespodziewanie miękną i tracą swój urok. Mózg uwielbia chrupać, więc wysyła nam sugestię, że takim warzywom nie należy już poświęcać uwagi. Przestajemy do marchewek czuć pożądanie i niechcianych lokatorów przesiedlamy do śmietnika. A przecież w nich drzemie niesamowita moc. Warzywa nieśmiało sugerują, że te drobne zmarszczki nie powinny ich dyskwalifikować. Wciąż mogą ujawnić zawartą w nich siłę. Potrzeba im tylko ciepła patelni, na której dokonują porywających przeobrażeń. Marchewki otulone masłem i miodem po kilku minutach nabierają wigoru. Obsypane jeszcze sezamem wdzięczą się w karmelowym zachwycie i zmieniają nie do poznania. Gdyby nie ta kulinarna przebiegłość, dzieliłyby los porzucanego w Polsce co roku 9 milionów ton  jedzenia, a przyjazny gest skierowany w ich stronę sprawił, że nęcą skutecznie. Tych ruchów dobrze jest wykonywać jak najwięcej, bo one dają konkretne efekty. Dzięki temu, że najpierw zaglądamy do lodówki, a nie wybieramy się do sklepu, kolekcjonujemy cenne minuty. Nawet jeśli osiedlowy market jest tuż za rogiem, to przecież wyjście do niego wymaga zorganizowania. Trzeba narzucić jakieś palto, poszukać parasola, gdy siąpi, kapcie zmienić na buty.  Otworzenie lodówki i wybranie asortymentu z jej półek jest zdecydowanie konkurencyjne. Nie trzeba wyciągać portfela, walutę stanowi nasz zapał. Przyda się także szczypta kreatywności i uruchomienie wyobraźni. Te liście sałaty, co więdną nam w lodówce samotnie od kilku dni mogą odzyskać werwę w piekarniku. Skropione delikatnie oliwą i posiekanym czosnkiem, udekorowane malinami lub porzeczkami, a na koniec oprószone płatkami migdałów po gorącej kąpieli stają się kolacyjnym finezyjnym przebojem. Uduszone dziarsko układają się na talerzu i oczekują stosownego aplauzu. W nietypowej kreacji odzyskują temperament i udowadniają, że chęć ich wyrzucenia była olbrzymim błędem. Nie wyrzucam, gotuję  Ilu jeszcze takich pomyłek można uniknąć dzięki właściwej refleksji, niech każdy sam policzy. Rachunek sumienia będzie skuteczną motywacją.  A odpowiednio wyposażona lodówka nieocenionym wsparciem w nakreślaniu codziennego menu. Podzieli się ochoczo smacznymi składnikami i okiełzna nasze zakupowe namiętności. Trzeba tylko zatroszczyć się o właściwe z nią relacje. Zrobić w lodówce porządek, na wysokości oczu postawić produkty, które wymagają szybszego wykorzystania. To mogą być otwarte jogurty, plastry kupionej kilka dni wcześniej wędliny, ryż, co został po wczorajszym obiedzie. Jedno spojrzenie wystarczy, by te kilka niepozornych elementów zeswatać w całkiem udaną parę. Niesamowitą frajdę daje łączenie składników w nieoczywiste duety. Dojrzałe, popękane morele, które wciąż z nadzieją czekają na swoją szansę, mogą zostać zapieczone pod kruszoną z serowej fety. Ten słodko - słony mariaż potrafi zaskoczyć. Morele puszczą sporo wybornego soku i nabiorą karmelowych rumieńców. Takimi drobiazgami wyszperanymi w lodówce wypełnić da się kilka posiłków. Liście rzodkiewki zmiksowane z gładką czułością, słonecznikiem, czosnkiem i oliwą zmienią się w aromatyczne pesto. A ono napisze ciąg dalszy pysznej historii i zakoleguje z chrupiącą grzanką razowca albo gorącym makaronem. Siła drobiazgów Detale więc potrafią urzekać bardziej niż się wydaje. Gdy lodówka ma system regulacji wilgotności lub filtr FreshOn pochłaniający niekorzystne gazy, to sprawia, że pozostawione w niej na przechowanie warzywa i owoce dłużej zachowają swoje walory. Obdarzamy sprzęt cennym zaufaniem, powierzając mu jedzeniowe skarby, więc nie wypada nie być z nim w komitywie. Kontrolujmy gromadzone w ldówce  zapasy i dajmy czasem moment przydatnego oddechu, a nie wypełniajmy jej wnętrze niestosownie.W dobrej lodówce mamy zagwarantowany komfort, jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Wystarczy tylko zaakceptować regulamin pobytu. Wygodnie jest na pewno, gdy lodówka dysponuje ciągłym obiegiem chłodnego powietrza, bo dzięki niemu na każdej półce panuje taka sama temperatura. To rozwiązanie sprawia, że kończą się dylematy dotyczące  najlepszego miejsca dla białego sera albo musztardy. Wszystkie umieszczone w lodówce produkty objęte będą tym samym troskliwym pakietem i nie popsują się tak szybko, jak to mają w zwyczaju. Kontrola wilgotności skutecznie odstrasza bakterie, które w takich warunkach nie mają szans rozwoju. Dzięki temu audytowi przechowywane w lodówce jedzenie może liczyć na perspektywę dłuższej świeżości. Na ściankach zamrażarki natomiast nie tworzą się sople, więc nie trzeba jej rozmrażać, a gromadzona w niej żywność nie traci swoich wartości. Oprócz pieniędzy zaoszczędzonych na rozsądnym manewrowaniu składnikami, możemy zyskać także te za rachunki. Lodówka z klasą energetyczną AA+ zużywa o 1/3 mniej prądu niż standardowy sprzęt. To całkiem niezły wynik. Przechowywanie i niemarnowanie może więc pójść całkiem sprawnie. Efekty zależą od właściwie dobranych kompanów i naszej koncepcyjnej śmiałości. Dobra lodówka sprawi, że oddane jej w opiekę jedzenie dłużej będzie świeże, a wzmożona osobista kulinarna kreatywność, pozwoli wyczarować oszałamiające dania. Zanim wybierzesz się do sklepu, zajrzyj do swojej lodówki. Tam tkwi potencjał nie do zmarnowania! Jestem ambasadorem kampanii społecznej: Przechowuje, nie marnuję, dzięki której problem wyrzucania jedzenia ma szasnę mocno wybrzmieć. https://www.youtube.com/watch?time_continue=3&v=zK4XXI47IPU   Po wydaniu swojej książki przekonałam się, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jaką w Polsce marnowanie żywności przybrało skalę. Dlatego zachęcam do śledzenia FB bloga, mojego instagrama, a także profil partnera akcji Amica Agd, gdzie sporo inspirujących przepisów na dania z tego, co znajduje się w lodówce. W tym tygodniu powstały takie rozmaitości:   Zachęcam też i Was do pokazania mi tego, co macie w lodówce. Wystarczy na instagramie wrzucić zdjęcie lodówki i oznaczyć je #przechowujeniemarnuje, by dostać mój przepis i wygrać książkę Gotuję, nie marnuję. Każdy może dołączyć!  

Niekiedy to, co najlepsze czai się w środku. Zbyt nieśmiało, by tupnąć i domagać się atencji. Czeka milcząco na przewidziany dla niego scenariusz. Nie protestuje w przypadku pożegnania. Cieszy się z drobiazgów, gdy ktoś chrupnie go soczyście, już mu wystarczy. Nie ma rozszczeń, łapie przelotne spojrzenia i przegląda się z ciekawością. Przyzwyczajony do bycia niezauważalnym, daje się wrzucić do śmietnika bez pomysłu na ciąg dalszy. A ja chcę stworzyć dla niego właśnie historię. Spersonalizowaną, taką, ja mu się bezsprzecznie należy. Mam więc rolę dla głąba w swoich przepisach. I to tę pierwszoplanową. Głąb kapusty potrafi uwieść. Nie ma w tej deklaracji rzuconej na letni wiatr obietnicy.  To bowiem witaminowa petarda, co wygładza zmarszczki, rozjaśnia skórę i nadaje jej blasku. Magia w czystej postaci, z której najczęściej na własne życzenie rezygnujemy. Bo głąb nie wzbudza zainteresowania. Jest twardy, niemrawy i mało rokujący. W soczystości liści kapusty dostrzegamy natychmiast potencjał. Sama ostatnio proponowałam, by te młode poszatkować na sałatkę. Na głąba, który po niej zostaje, też mam patent. Niejeden nawet. Ukłon w stronę resztek warto zrobić nie tylko dla zdrowia, ale i zmniejszania skali marnowania, która druzgocąco wpływa na klimat. Do śmietnika przeciętnego Polaka co miesiąc trafiają 4 kilogramy jedzenia. Pozbywamy się rzeczy, jakie mogłyby trafić na stół i robić wrażenie. Skórki, obierki, końcówki, głąby, liście pojawiają się w menu wybornych restauracji, a autorzy, którzy mieli odwagę podarować im szasnę, dostają oklaski! Sama biłam brawo ekipie Water&Wine, która wyciska sok  nawet z obierek i końcówek szparagów, pielęgnuje miłość do czerpania z siły natury i wykorzystania każdego produktu bez reszty. To absolutni mistrzowie, z polem za rogiem, własną piekarnią, wielkimi słojami, w których czają się kiszonki i nalewki - w tym ta kurek, co działa cuda! W Drzewcach gotują czarodzieje smaku, autentycznego, szczerego i bardzo dopieszczonego. Ich pomysły są dla mnie inspiracją - dziś z szacunkiem, dzięki Nim traktuję głąba.