/więcej zdjęć wkrótce/ Bez wątpienia jestem italioholikiem, o czym może świadczyć fakt, że wyjazd do Apulii to mój 11 wyjazd do Włoch. Włochy za każdym razem mnie zaskakują i pozostawiają niedosyt. Tak tez były tym razem, gdy planowałam wyjazd GDZIEŚ na kilka dni i rozważałam, czy kupić bilety do Kijowa, czy do Lwowa. Kupiłam do Bari, nie pytajcie mnie dlaczego :) Od razu zarezerwowałam nocleg i zaczęłam odliczanie do pierwszych dni września. Noclegi Apulia słynie z wielu cudnych miasteczek, których nie sposób zobaczyć podczas jednego krótkiego wyjazdu. Po prostu trzeba tam wrócić. Nie widziałam nawet perły tego regionu, czyli Alborobello - miasteczko urokliwych domków truli. Chciałam odpocząć, dobrze zjeść i trochę zobaczyć. Stąd też zmieniłam zdanie i noclegi w Bari zamieniłam na noclegi w Barletcie. Dlaczego? Za radą kolegi, który był i "ostrzegł" mnie, że Bari to miasto portowe, bardziej turystyczne, o czym faktycznie się przekonałam. Barletta jest miastem nad samym morzem, z najszerszymi plażami w tym regionie. Mieszkałam w apartamencie z tarasem B&B Le Statuine guest house (rezerwować możecie na Airbnb i booking.com), z którego w oddali było widać morze. Apartament w pełni komfortowy dla 2 osób na kilka dni w atrakcyjnej cenie. Na stanie była m.in. kawiarka, więc wyposażenie idealne. Do tego wina, które można było kupić za 5-7 euro, wszystkie pochodzące z tego regionu. Do wszystkich atrakcji (plaża, katedra, zamek, dworzec) można dojść w kilka minut. Mieszkanie z starej kamienicy, w uliczce gdzie mieszkali sami Włosi ma swój niezapomniany urok. W Barletcie tylko raz spotkaliśmy turystów (Szwedów, w restauracji). Właściciel apartamentu po angielsku nie mówił, ale google translator załatwił wszystko ;) W informacji turystycznej również ni porozmawiacie po angielsku, jednak spotkacie się z wielką uprzejmością i po chwili udało mi się dowiedzieć, gdzie mogę kupić znaczki na kartki. Barletta Jak większość miasteczek w tym regionie ma katedrę i zamek. Mnie najbardziej urzekł klimat tego miejsca. To prawdziwe Włochy, gdzie rano panowie (przede wszystkim) czytają w kioskach na stojąco gazety, popijając kawę (w takich miejscach kawa z ekspresu jest bardzo tania, w drodze na plażę za espresso i cappuccino zapłaciłam łącznie 1,5 euro!). Warzywa i owoce można kupić na ulicy od starszych panów. Raz też spotkałam auto rozwożące sezonowe warzywa i owoce.                      

Pomimo w pełni wyposażonej kuchni, nie gotowałam, jedynie przygotowywałam śniadania. Włoska słodka wersja śniadań zdecydowanie nie jest dla mnie ;) 50 metrów od apartamentu jest piekarnia (z tradycjami od 1948roku), gdzie można kupić pyszną foccacię czy inne pieczywo, a także świeżą burratę, sery, oliwki, wędlinę. Apulia słynie m.in. właśnie z focacci i burraty. Focaccia jest tu nieco inna niż w innych regionach Włoch, jest z dodatkiem semoli, stąd jej żółty kolor (podobnie jak pieczywa). Najsłynniejsza burrata jest z Andrii i można ją kupić dosłownie wszędzie, jest dostępna zarówno w piekarniach, jak i w marketach. Gdziekolwiek nie kupicie, będziecie zachwyceni. Do tego koniecznie pomidor i oliwa. Jeśli nie macie w planie wyjazdu do Apulii, burrata od niedawna dostępna jest w Lidlu.

Ponieważ do Barletty dotarłam wieczorem, na ulicach przywitał mnie tłum ludzi. Głównie starszych panów. Panie widziałam później, siedzące na wszystkich możliwych skwerkach i ławkach. Wieczorem popularne jest passeggiata, czyli spacerze po centrum miasta. Barletta Plaże w Barletcie są prywatne (płatne leżaki) i publiczne. Byłam na początku września, czyli już po włoskich wakacjach i były pustki. Adriatyk ciepły, plaża piaszczysta. Jeśli jest duży przypływ, zdarzają się wodorosty na plaży (pierwszego dnia ich nie było, a później już tak). Każdy dzień zaczynałam od godzinnego pobytu na plaży (było naprawdę gorąco, więc dłużej nie dałam rady ;)), a potem jechałam dalej (spóźniając się już na targi rybne - coś za coś). Wzdłuż morza prowadzi promenada z palmami i ścieżki, na których można spotkać dużo biegaczy. Barletta Barletta - gdzie zjeść? Całe miasto obejdziecie w 1 dzień. Większość restauracji położonych jest przy starówce. Zaraz po przylocie, późnym wieczorem  poszłam do Lupo di Mare , słynącej z owoców morza.Chwilę po naszym przyjściu zapełniły się 2 sale restauracyjne i ogródek. Włosi jedzą bowiem późno, gdyż restauracje otwierane są dopiero o 19:00 lub 20:00 (wcześniej możecie zjeść w godzinach 12:00-15:00, a później do 19:00/ 20:00 jest siesta). Apulia słynie z owoców morza, do których długo nie trzeba mnie namawiać. Dla mnie pod tym względem w Apulii był raj :) Przede wszystkim słynie z ośmiornicy, przyrządzanej na wiele sposobów i jeżowców.Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Batltta gdzie zjeść w Barletcie Zamówiliśmy talerz owoców morza dla 2 osób (kalmary, ośmiornice, krewetki) oraz krewetki olbrzymie. Do tego podano pieczywo, m.in. taralli (niestety nie mam na zdjęciu), są to jakby obwarzanki, te były z anyżem, ale było zaskakująco dobre. Wszystko było świeże, chrupiące bez zbędnych dodatków. Krewetki usmażone punkt, soczyste. Ledwo mogłam się ruszać po tym posiłku (bo wygłodniała po podróży rzuciłam się najpierw na pieczywo ;) Radzę Wam tam pójść wcześniej, ok. 19-20ej, bo od 21:00 wszystkie miejsca są zajęte. Batltta gdzie zjeść w BarletcieBatltta gdzie zjeść w Barletcie Kolejnego dnia (spędzonego w Barletcie) kolację zjadłam tuż przy katedrze w Osteria Al Duomo. Tu też trzeba być o 19:00, bo pół godziny później nie ma wolnych miejsc. Obsługa bardzo sprawnie sobie radzi, przynosząc po kolei do wszystkich stolików pieczywo, wodę i dopiero zbiera zamówienia. Zamówiliśmy steka, pieczone mule i ośmiornicę alla Luciana. Stek był w sosie z zielonym pieprzem, do którego dodano carry. Hmm... ten mariaż nie przekonał mnie ;) Ośmiornica z kolei była marynowana, w takiej wersji wcześniej nie jadłam. Później zobaczyłam, że można ją kupić w każdym markecie na wagę i takę wersję Wam polecam ;) Kawa wszędzie jest dobra i mocna. Zapomnijcie na chwilę o alternatywach. Trani 7 minut pociągiem od Barletty jest Trani. Jest to śliczne miasteczko, które zachwyciło mnie bardzo. Przede wszystkim dlatego, że nie było turystów i wyglądało bajkowo. Katedra jest położona nad samym morzem i pięknie prezentuje się z brzegu cyplów, które są obok. Na każdym z nich na końcu jest latarnia, na kamienistych zboczach można spotkać opalające się osoby, ale jest nadzwyczajnie pusto. Obok zamek i port, przy którym zgromadzone są restauracje. Moim celem było spróbowanie jeżowców, więc skrupulatnie studiowałam menu wystawione na zewnątrz restauracji. I w końcu znalazłam jeżowce (ricci) i to w śmiesznej cenie: 1 euro za sztukę w Trattoria Rampa La Conca. 2 lata temu na wyprawie kulinarnej do Grecji z Kuba Korczakiem miałam przyjemność je jeść (łowił je Kuba), a nawet obierać. Jest to bardzo czasochłonne, stąd cena w Trani była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Oprócz jeżowców oczywiście krewetki, jestem od nich chyba uzależniona. Jeżowce świeże, w smaku takie, jak zapamiętałam z Grecji. Jeżowce to poza ośmiornica kolejna perła Apulii. Można je kupić na tutejszych targach rybnych, ja trafiłam już na zamknięcie. Trani to cudne miasteczko na powolne spacery i delektowanie się nadmorskimi widokami. Bari W Trani celowo posiłek był lekki, gdyż kolejnym celem tego dnia było Bari. Tu już nie ma tak ładnych uliczek, w powietrzu czuć smog i na każdym kroku można usłyszeć zarówno język polski, jak i języki naszych sąsiadów. W kulminacyjnych punktach jest naprawdę dużo turystów i dosyć szybko zmęczyłam się tam. Więc ilość wypitych kaw była większa niż zazwyczaj ;) Cały czas trzymałam miejsce w żołądku na kolację. Miejsce, które wybrałam poleciły mi 3 niezależne osoby, które tam były. To pizzeria prowadzona przez Włochów, bardzo oblegana w godzinach wieczornych, więc warto być kwadrans przed otwarciem (we wrześniu otwiera od 19:30) - Il Rustico. Bari Il Rusico Menu krótkie, do wyboru zestaw za 6 i za 10 euro. Bierzemy obie. W obu wersjach w cenie jest napój (woda lub piwo), pieczywo, bruschetta, pizza (do wyboru) a także limoncello i sorbet limonkowy na koniec. W zestawie za 10 euro dodatkowo są przystawki w ilości olbrzymiej! Początkowo dostałam talerz, by sobie je nałożyć. Choć nie brałam dużo, najadłam się już nimi. Byłam pewna, że dostanę wybraną już pizzę, ale okazało się, że byłam w błędzie! Kelner zaczął donosić kolejne przystawki, m.in. talerz wędlin i serów. Porcje są olbrzymie i to główna zaleta tego miejsca. Przystawki smaczne, pizza też, ale nie jest to pizza, którą będę wspominać przez długi czas. Po prostu poprawna, we Wrocławiu można zjeść o wiele lepszą ;). Miejsce mam wrażenie mocno pod turystów, o czym świadczą nazwy pizzy, m.in. Cracovia czy Varsavia. Warto się jednak tu wybrać, aby zobaczyć klimat tego miejsca, biegającą obsługę i spróbować wielu przysmaków Włoch. Sorbet na koniec jest wyśmienity i cudownie łagodzi wcześniejsze obżarstwo, bo jedzeniem trudno to nazwać. Il RusticoZ Bari na pewno będę wspominać Włoszki, które na ulicy robiły makaron. Tak, to się dzieje tu naprawdę! Orecchiette to tradycyjny makaron Apulii. Najbardziej znany to orecchiette con cime di rapa, czyli orecchiette z brokułem liściastym / rzepą brokułową. Nie było teraz na niego sezonu, więc najczęściej można było spotkać orecchiette z sosem pomidorowym. Przyznaję się, że nie spróbowałam, ale w drodze na lotnisko kupiłam świeży makaron i właśnie z sosem pomidorowym przygotowałam go w domu.                       IMG_4250 orecchiette Polignano a Mare Tu trzeba być koniecznie. Jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam w Europie. Najsłynniejsza plaża Cala Lama Monachile położona jest w centrum miasta. Otaczają ją skały, plaża jest kamienista, a woda krystalicznie czysta. Tego widoku nie da się zapomnieć, a zdjęcia nie oddają nawet w połowie tego uroku. Polignano a Mare Polignano a Mare Polignano a Mare                       W drodze z dworca na plażę wstąpiłam na kawę (nawet na dwie, w dwóch kawiarniach ;)), specjał tego regionu (słynący z miejscowości obok, ale tu również dostępna) - kawa z kostkami lodu i mlekiem migdałowym (latte di mandorla) - caffe leccese. caffe leccesecaffe leccese                       Tuż przed plażą z kolei jest cukiernia, której nie można ominąć - Martinucci, działająca od 1950 roku w kilku miastach we Włoszech. Nie jem słodyczy, jednak tu spróbowałam. Do tej pory we Włoszech przez lata trafiałam na przesłodzone lody. Tutaj były najlepsze, jakie kiedykolwiek w życiu jadłam (część lodów jest bio). Intensywny aromat pistacji i orzechów laskowych, delikatnie słodkie. Podobnie jak pasticciotto, słynne ciastko z tego regionu. Pod otoczką z ciasta kruchego znajduje się delikatny krem na bazie żółtek, mleka i masła. Niby banał, al w tym wydaniu jest wręcz wybitny. W kolejnych miejscach nie było już aż tak smaczne. Koniecznie trzeba tu przyjść i oddać się rozpuście! MartinucciNa obiad wybrałam hipsterskie miejsce, które zostało mi polecone, słynące... z owoców morza - Pescaria. Wybraliśmy 2 bułki: z ośmiornicą i z miecznikiem. Obie bogate w smaku i olbrzymie :) Nie mogłam też nie wziąć ostryg (do wyboru są 2 rodzaje), które uwielbiam. Przychodząc był tłum, później już się wyludniło. Obsługa zapomniała o połowie zamówienia i nie zdarzyło się to tylko nam, ale po kilkudziesięciu minutach odnalazła się zaginiona bułka z kotletem z miecznika :) Pescaria Polignano a Mare Ogólne rady / spostrzeżenia:
  • nie zdziwcie się, gdy nie dostaniecie wszystkich dań naraz. często jest bowiem tak, że gdy kończy jeść jedna osoba, druga dopiero dostaje swoją porcję
  • na ogół doliczane jest coperto (zwykle 2 euro od osoby), w tej cenie zawarte jest pieczywo
  • godziny otwarcia restauracji: 12:00-15:00, później od 19:00 (lub 20:00). Niektóre restauracje otwarte tylko wieczorem
  • kawa jest tania, espresso kosztuje 0,7-1 euro, cappuccino 0,8-1,5 euro. W niektórych miejscach są 2 cny kawy: ta tańsza dotyczy kawy pitej przy barze, na stojąca, ta druga przy stoliku. W Apulii jest na ogół jedna cena
  • Włosi na śniadanie jedzą zwykle ciasteczko lub rogalika. O śniadaniach takich jak w Polsce zapomnijcie :)
  • Włosi jedzą obfite kolacje (stąd może brak głodu rano), więc patrzą czasem dziwnie na mnie, gdy zamawiam jedno danie, to całkowicie niewłoskie zachowanie. Ze względów zdrowotnych muszę jeść jednak często, więc nie jestem w stanie zjeść kilku dań
  • jeżdżąc pociągiem nie zapomnijcie skasować biletu przed wejściem do pociągu. Na peronach są zielone kasowniki.
  • podróż pociągami wzdłuż wybrzeża jest bardzo malownicza. z jednej strony w oddali widać morze, a trakcje kolejowe otoczone są gajami oliwnymi i winnicami. Na zboczach z kolei bardzo często rośnie opuncja figowa, na którą we wrześniu był sezon
 

Próbowałam doliczyć się wszelkich odmian pomidorów. Kiepsko mi szło, bo pogubiłam się wśród tych tygrysich, paprykowych, koktajlowych, truskawkowych, śliwkowych, podłużnych, żółtych, zielonych, brązowych, malinowych, spotkałam nawet koralikowe, w kształcie bawolich serc i te zwane gargamelami. Wiem, jednak, że wrzucanie ich wszystkich do jednego koszyka to barbarzyństwo. Każdy z nich ma swoje słabości i potrzebuje właściwego traktowania. Co pomidor to inne wyzwanie. Te najmniejsze zjawiskowo się zgrillują na kromce chleba skropionego wcześniej oliwą i wymarowaną świeżym czosnkiem. Nie wymagają nawet, by odrywać je z gałązek. To część, która nadaje się do zjedzenia!Jeśli jeszcze nie próbowaliście, warto nadrobić zaległości. Niech dobre rzeczy się nie marnują:) Z drobnych pomidorów powstaną też słodkie konfitury. Doprawione cukrem pudrem, który nada im karmelowej szlachetności zimą nostalgicznie przywołają wakacyjne wspomnienia. Z tych podłużnych, śliwkowych czy rzymskich najlepiej zrobić ketchup, przecier lub sos. Są dość wodniste i mięsite zarazem. W sam raz do zamknięcia w słoiku. Podobne nieco do nich, choć znacznie dłuższe są pomidory paprykowe. Więcej w nich soczystości i słodyczy. Nie mają zbyt wielu nasion, rozkosznie oblebią sos do makaronu. Większe od nich bawole serca można pokroić w plastry, skropić oliwą, oprószyć pieprzem i solą, przełożyć kawałkami koziego sera i zajadać się w surowym wariancie. Dobrze sprawią się też zagotowane w zupie. Tej delikatnej, na pieczonym czosnku i czestwym chlebie. Do posmakowania nawet u progu jesieni. Gargamele imponują wagą - jeden może mieć nawet i ponad pół kilograma. Pachną nieziemsko, nie mają w sobie zbyt dużo wody, a pokrojne w ćwiartki i wymieszane ze śmietną oraz cebulą są kwintesencją lata. Dają się też faszerować - to dobra wnętrze do wykorzystywania resztek. Nasypcie do środka nieco ugotowanego wcześniej ryżu, kaszy, świeżych lub suszonych ziół i powstaje kolacja. Do słoików, gdy mają stylowo być układane w całości, najlepiej wybrać pomidory San Marzano. Owalne, długie, bez pestek nie tracą swojej szlachetnej prezencji pod wpływem temperatury. Trzeba je jednak obrać, mają dość twardą skórkę. Do barwnego ususzenia przydadzą się pomidory tygrysie. Są żółte i czerwone, ocieplone naturalnym słońcem pięknie wkomponują się w tarty, sałatki czy makaron. Można je potem też zalać oliwą z bazylią czy czosnkiem i czekać aż oddadzą swój silny aromat. Na kolana potrafią mnie rzucić kiszone pomidory! To preludium do poważniejszej konsupcji lub niezobowiązująca przekąska. Cały wschód się nimi objada, niech przenikną smacznie do naszej kuchni. Zielone pomidory spektakularnie zasłyneły w amerykańskiej powieści, a potem filmie na jej podstawie, gdzie je smażono. Surowe też dają radę i choć nie są dojrzałe, to wcale nie szkodzą. Te w cieńkich plastrach lubię z octem balsamicznym, świeżą miętą, grzanką i mozzarellą. W tym zestawieniu dominuje siła prostoty, która smakuje wyśmienicie. Najlepiej korzystać z pomidorów ze sprawdzonego źródła. Te posiane we własnym ogródku, szklarni  czy na polu są bezapelacyjnie najlepsze. W czasie inspirujących spotkań w Water&Wine w Drzewcach dostrzegam niuanse. Ekipa rządząca w kuchni ma swoje uprawy, pomidory na talerz trafiają niemal prosto z krzaka. Szefowie kuchni wiedzą, kiedy są najlepsze, obserwują cały proces ich dojrzewania, eksperymentują z odmianami. W tym smaku nie ma niepotrzebnej chemii, wystarczająco dobrze troszczy się o nie natura i cierpliwość ogrodników. Ta została nagrodzona i koncept Water&Wine trafił do prestiżowego  przewodnika Gault&Millau. W Drzewcach kucharze szukają pomysłu na wykorzystanie każdej części warzyw czy owoców. Sporo produktów - dość nie oczywistych, jak kurki, przerabia się tam na nalewki, mnóstwo marynuje i kisi. Czerpię z patentów Water&Wine i znajduję patent na pozostałe po robieniu letniej zupy  sórki pomidorów. Też mają swój charakterystyczny aromat i smak , do tego garść witamin, więc uznaję, ze nie należy się z nimi rozstawać bezsensownie. Po obraniu pomidora skórkę wystarczy ususzyć - naturalnie na słońcu lub wspierając się temperaturą piekarnika. Potem można przechowywać w słoiku - saute lub z dodtakiem suszonej bazylii, czosnku czy oregano. To intensywna przyprawa, którą dodaję do sosu, kolorują nią kruche ciasto tarty i posypuję sałatę. Słoiczek z pudrem wręczam znajomym w ramach prezentu, co zawsze zaskakuje.

 Co trzecia torba, którą przynosimy ze sklepu trafi do śmietnika. Na zakupach zamiast rozsądku prowadzi nas bowiem apetyt. Pusty żołądek przejmuje kontrolę i sugeruje, że do koszyka powinno trafić więcej niż potrzebujemy. Naiwnie ulegamy złudzeniom i chwytamy rozmaite okazje. Jesteśmy łasi na promocyjne triki i impulsywnie wypełniamy koszyk po brzegi. Z tą pieczołowicie gromadzoną w sklepie obfitością w domu jednak sobie nie radzimy. W badaniach Banków Żywności przyznajemy uczciwie, że nie mamy pomysłu, jak wykorzystać wszystkie kupione produkty. Na liście naszych przewinień jest też złe przechowywanie i przegapianie daty ważności. To najczęstsze powody wyrzucania żywności. W koszu przeciętnego Polaka lądują cztery kilogramy jedzenia miesięcznie, co sprawia, że trafiliśmy na piąte miejsce wśród europejskich krajów najbardziej marnujących żywność. Ponure statystyki odbijają się też w naszym portfelu. Za duże zakupy kosztują nas rocznie tyle, ile całkiem przyzwoite wakacje. Fundujemy też sobie ekologiczną katastrofę, bo jedzenie, którego się pozbyliśmy, długo zalega na wysypiskach śmieci i wtłacza do atmosfery niemal tyle samo gazów cieplarnianych, co cały przemysł lotniczy.   Ekskluzywny powrót śmieci O tym, że problem jest poważny świadczy zaangażowanie uznanych szefów kuchni, którzy ochoczo od pewnego czasu serwują dania z niewykorzystanej żywności. ałkiem zacne mają efekty. Taki Dan Barber, do którego nowojorskiej restauracji ustawiają się kolejki, zaprosił na kolację trzydziestu premierów i karmił ich tym, co większość bez wahania by wyrzuciła. W menu pyszniły się obierki, burgery z pulpy, jaka zostaje po wyciśnięciu soku, sałatki aromatyzowane skórkami cytrusów czy gofry z porzuconych po śniadaniu płatków. Wyrafinowane podniebienia gości nietypowy jadłospis doceniły, na sali wybrzmiały brawa, pojawił się zachwyt  magią, jaką autorowi udało się stworzyć. Niechciane końcówki, pomarszczone warzywa, skrawki mięsa trafiły na talerz w zupełnie nowej odsłonie i brawurowo odczarowały prezentujące się dotąd nieciekawie pozostałości. Natomiast włoski kucharz, Massimo Bottura, właściciel Osteria Francescana  uznanej w tym roku za najlepszą restaurację na świecie, skrzyknął swoich kolegów i w czasie międzynarodowych targów Expo w Mediolanie zbierał wszelakie nadwyżki jedzenia, by razem z najlepszymi szefami kuchni przyrządzać z nich wytworne dania dla ubogich. Restauracja zorganizowana pod wpływem impulsu, który uruchomił się w Botturze na widok wyrzucanych ton dobrych wciąż warzyw czy owoców,  przerodziła się w długofalowy projekt, nadal prężnie działający w okolicach mediolańskiego dworca. Każdego dnia, dzięki uruchomionej kilka lat temu inicjatywnie, z produktów, których nie chcą już sklepy, kucharze przygotowują posiłki dla kilkuset głodnych potrzebujących. Sam Massimo Bottura pojawia się z menu, które kreuje z niewykorzystanych produktów,  na rozmaitych dużych imprezach, jak chociażby Igrzyska Olimpijskie i przekonuje, że dobre rzeczy nie mogą się marnować. Gotuję, nie marnuję Warto więc czerpać z cennych wzorców i częściej stawiać, to co nam zostaje na stół, niż wrzucać do śmietnika. Skoro wykorzystanie wszystkiego do ostatniego okruszka, od trzonka do korzonka staje się w końcu hasłem obowiązującym w wielu uznanych restauracjach,  może być także przewodnikiem w domowej kuchni. Trzeba spojrzeć przyjaźniej w kierunku zwiędniętej pietruszki i zmiksować ją w koktajlu. Odda cenne witaminy, a nie będzie zniechęcała nieciekawą aparycją. Ciemne banany niech zatopią się w ekstremalnie czekoladowym cieście, którego nie trzeba będzie już dosładzać, bo dojrzałe owoce mają nadmiar naturalnego dobrego cukru. Kromkami suchego chleba można zagęścić klasyczną pomidorówkę i tym trikiem zafundować jej kuszącą metamorfozę. Te pierwsze nieśmiałe propozycje mają przekonać sceptyków, że by zrobić finezyjną kolację, wcale nie trzeba szukać inspiracji na zakupach. One są do odkrycia w …lodówce. Miejscu, które powinno być sklepem pierwszego wyboru. W jej czeluściach tkwi potencjał nie do zmarnowania. Siła dobrej lodówki jest bowiem ogromna. To ona może być naszym wsparciem na wyboistej drodze ku kulinarnej roztropności. Mamy tendencję do wypełniania jej po brzegi, bez szczególnego planu. Pośpiesznie upychamy w lodówce zgromadzone zapasy i równie prędko o nich zapominamy. Przepis na sukces Marchewki, które miały być starte na soczystą surówkę, niespodziewanie miękną i tracą swój urok. Mózg uwielbia chrupać, więc wysyła nam sugestię, że takim warzywom nie należy już poświęcać uwagi. Przestajemy do marchewek czuć pożądanie i niechcianych lokatorów przesiedlamy do śmietnika. A przecież w nich drzemie niesamowita moc. Warzywa nieśmiało sugerują, że te drobne zmarszczki nie powinny ich dyskwalifikować. Wciąż mogą ujawnić zawartą w nich siłę. Potrzeba im tylko ciepła patelni, na której dokonują porywających przeobrażeń. Marchewki otulone masłem i miodem po kilku minutach nabierają wigoru. Obsypane jeszcze sezamem wdzięczą się w karmelowym zachwycie i zmieniają nie do poznania. Gdyby nie ta kulinarna przebiegłość, dzieliłyby los porzucanego w Polsce co roku 9 milionów ton  jedzenia, a przyjazny gest skierowany w ich stronę sprawił, że nęcą skutecznie. Tych ruchów dobrze jest wykonywać jak najwięcej, bo one dają konkretne efekty. Dzięki temu, że najpierw zaglądamy do lodówki, a nie wybieramy się do sklepu, kolekcjonujemy cenne minuty. Nawet jeśli osiedlowy market jest tuż za rogiem, to przecież wyjście do niego wymaga zorganizowania. Trzeba narzucić jakieś palto, poszukać parasola, gdy siąpi, kapcie zmienić na buty.  Otworzenie lodówki i wybranie asortymentu z jej półek jest zdecydowanie konkurencyjne. Nie trzeba wyciągać portfela, walutę stanowi nasz zapał. Przyda się także szczypta kreatywności i uruchomienie wyobraźni. Te liście sałaty, co więdną nam w lodówce samotnie od kilku dni mogą odzyskać werwę w piekarniku. Skropione delikatnie oliwą i posiekanym czosnkiem, udekorowane malinami lub porzeczkami, a na koniec oprószone płatkami migdałów po gorącej kąpieli stają się kolacyjnym finezyjnym przebojem. Uduszone dziarsko układają się na talerzu i oczekują stosownego aplauzu. W nietypowej kreacji odzyskują temperament i udowadniają, że chęć ich wyrzucenia była olbrzymim błędem. Nie wyrzucam, gotuję  Ilu jeszcze takich pomyłek można uniknąć dzięki właściwej refleksji, niech każdy sam policzy. Rachunek sumienia będzie skuteczną motywacją.  A odpowiednio wyposażona lodówka nieocenionym wsparciem w nakreślaniu codziennego menu. Podzieli się ochoczo smacznymi składnikami i okiełzna nasze zakupowe namiętności. Trzeba tylko zatroszczyć się o właściwe z nią relacje. Zrobić w lodówce porządek, na wysokości oczu postawić produkty, które wymagają szybszego wykorzystania. To mogą być otwarte jogurty, plastry kupionej kilka dni wcześniej wędliny, ryż, co został po wczorajszym obiedzie. Jedno spojrzenie wystarczy, by te kilka niepozornych elementów zeswatać w całkiem udaną parę. Niesamowitą frajdę daje łączenie składników w nieoczywiste duety. Dojrzałe, popękane morele, które wciąż z nadzieją czekają na swoją szansę, mogą zostać zapieczone pod kruszoną z serowej fety. Ten słodko - słony mariaż potrafi zaskoczyć. Morele puszczą sporo wybornego soku i nabiorą karmelowych rumieńców. Takimi drobiazgami wyszperanymi w lodówce wypełnić da się kilka posiłków. Liście rzodkiewki zmiksowane z gładką czułością, słonecznikiem, czosnkiem i oliwą zmienią się w aromatyczne pesto. A ono napisze ciąg dalszy pysznej historii i zakoleguje z chrupiącą grzanką razowca albo gorącym makaronem. Siła drobiazgów Detale więc potrafią urzekać bardziej niż się wydaje. Gdy lodówka ma system regulacji wilgotności lub filtr FreshOn pochłaniający niekorzystne gazy, to sprawia, że pozostawione w niej na przechowanie warzywa i owoce dłużej zachowają swoje walory. Obdarzamy sprzęt cennym zaufaniem, powierzając mu jedzeniowe skarby, więc nie wypada nie być z nim w komitywie. Kontrolujmy gromadzone w ldówce  zapasy i dajmy czasem moment przydatnego oddechu, a nie wypełniajmy jej wnętrze niestosownie.W dobrej lodówce mamy zagwarantowany komfort, jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Wystarczy tylko zaakceptować regulamin pobytu. Wygodnie jest na pewno, gdy lodówka dysponuje ciągłym obiegiem chłodnego powietrza, bo dzięki niemu na każdej półce panuje taka sama temperatura. To rozwiązanie sprawia, że kończą się dylematy dotyczące  najlepszego miejsca dla białego sera albo musztardy. Wszystkie umieszczone w lodówce produkty objęte będą tym samym troskliwym pakietem i nie popsują się tak szybko, jak to mają w zwyczaju. Kontrola wilgotności skutecznie odstrasza bakterie, które w takich warunkach nie mają szans rozwoju. Dzięki temu audytowi przechowywane w lodówce jedzenie może liczyć na perspektywę dłuższej świeżości. Na ściankach zamrażarki natomiast nie tworzą się sople, więc nie trzeba jej rozmrażać, a gromadzona w niej żywność nie traci swoich wartości. Oprócz pieniędzy zaoszczędzonych na rozsądnym manewrowaniu składnikami, możemy zyskać także te za rachunki. Lodówka z klasą energetyczną AA+ zużywa o 1/3 mniej prądu niż standardowy sprzęt. To całkiem niezły wynik. Przechowywanie i niemarnowanie może więc pójść całkiem sprawnie. Efekty zależą od właściwie dobranych kompanów i naszej koncepcyjnej śmiałości. Dobra lodówka sprawi, że oddane jej w opiekę jedzenie dłużej będzie świeże, a wzmożona osobista kulinarna kreatywność, pozwoli wyczarować oszałamiające dania. Zanim wybierzesz się do sklepu, zajrzyj do swojej lodówki. Tam tkwi potencjał nie do zmarnowania! Jestem ambasadorem kampanii społecznej: Przechowuje, nie marnuję, dzięki której problem wyrzucania jedzenia ma szasnę mocno wybrzmieć. https://www.youtube.com/watch?time_continue=3&v=zK4XXI47IPU   Po wydaniu swojej książki przekonałam się, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jaką w Polsce marnowanie żywności przybrało skalę. Dlatego zachęcam do śledzenia FB bloga, mojego instagrama, a także profil partnera akcji Amica Agd, gdzie sporo inspirujących przepisów na dania z tego, co znajduje się w lodówce. W tym tygodniu powstały takie rozmaitości:   Zachęcam też i Was do pokazania mi tego, co macie w lodówce. Wystarczy na instagramie wrzucić zdjęcie lodówki i oznaczyć je #przechowujeniemarnuje, by dostać mój przepis i wygrać książkę Gotuję, nie marnuję. Każdy może dołączyć!  

Niekiedy to, co najlepsze czai się w środku. Zbyt nieśmiało, by tupnąć i domagać się atencji. Czeka milcząco na przewidziany dla niego scenariusz. Nie protestuje w przypadku pożegnania. Cieszy się z drobiazgów, gdy ktoś chrupnie go soczyście, już mu wystarczy. Nie ma rozszczeń, łapie przelotne spojrzenia i przegląda się z ciekawością. Przyzwyczajony do bycia niezauważalnym, daje się wrzucić do śmietnika bez pomysłu na ciąg dalszy. A ja chcę stworzyć dla niego właśnie historię. Spersonalizowaną, taką, ja mu się bezsprzecznie należy. Mam więc rolę dla głąba w swoich przepisach. I to tę pierwszoplanową. Głąb kapusty potrafi uwieść. Nie ma w tej deklaracji rzuconej na letni wiatr obietnicy.  To bowiem witaminowa petarda, co wygładza zmarszczki, rozjaśnia skórę i nadaje jej blasku. Magia w czystej postaci, z której najczęściej na własne życzenie rezygnujemy. Bo głąb nie wzbudza zainteresowania. Jest twardy, niemrawy i mało rokujący. W soczystości liści kapusty dostrzegamy natychmiast potencjał. Sama ostatnio proponowałam, by te młode poszatkować na sałatkę. Na głąba, który po niej zostaje, też mam patent. Niejeden nawet. Ukłon w stronę resztek warto zrobić nie tylko dla zdrowia, ale i zmniejszania skali marnowania, która druzgocąco wpływa na klimat. Do śmietnika przeciętnego Polaka co miesiąc trafiają 4 kilogramy jedzenia. Pozbywamy się rzeczy, jakie mogłyby trafić na stół i robić wrażenie. Skórki, obierki, końcówki, głąby, liście pojawiają się w menu wybornych restauracji, a autorzy, którzy mieli odwagę podarować im szasnę, dostają oklaski! Sama biłam brawo ekipie Water&Wine, która wyciska sok  nawet z obierek i końcówek szparagów, pielęgnuje miłość do czerpania z siły natury i wykorzystania każdego produktu bez reszty. To absolutni mistrzowie, z polem za rogiem, własną piekarnią, wielkimi słojami, w których czają się kiszonki i nalewki - w tym ta kurek, co działa cuda! W Drzewcach gotują czarodzieje smaku, autentycznego, szczerego i bardzo dopieszczonego. Ich pomysły są dla mnie inspiracją - dziś z szacunkiem, dzięki Nim traktuję głąba.

Kulinarny tygiel wyrazistych połączeń i doznań. Opowieść utkana z mrocznych tajemnic i doprawiona soczyście orientalnymi daniami. Zaskakuje znienacka, wdrapuje się na czułe struny emocji. Basza smaku to książka nie  tylko o kuchni. Jej aromat wprawdzie dominuje w snutej wielowątkowo historii brawurowego kucharza, ale nie mniej kuszą ludzkie relacje. Próby poszukiwania tożsamości, wypatrywania w gwiazdach sensu istnienia, budowania związku wbrew logice i oprowi tłumu. Miłość łączona z nienawiścią, sieć intryg oplatająca zuchwale pałacowe przestrzenie Imperium Osmańskiego zaostrzają apetyt. Historia uzależnia coraz silniej, od poznania losów szefa kuchni, nie ma odwrotu, pożądanie, by chłonąć jego przepisy nasila się po każdej odwróconej stronie. Tempo utrzymuje się przez całą opowieść, choć pozornie wydawać się może zbyt leniwe i chaotyczne. Sporo jest wątków pobocznych, narrator pilnuje jednak, by ten, kto chłonie jego słowa się nie  pogubił. Baszę smaku napisał Saygin Ersin,dziennikarz i socjolog. Autor pokazuje, jaką mocą dysponuje jedzenie i ile władzy ma genialny kucharz. Smakiem, którego uczył się całe życie potrafi obezwładnić, dzięki przyrządzanym przez siebie potrawom żonglować euforycznie uczuciami. Igra z miłoscią, pielęgnuje chęć zemsty. Bywają momenty, w których trudno być po jego stronie, ale i te, gdy nie można się mu absolutnie oprzeć. Kucharz jest przecież Baszą smaku, czarodziejem i uwodzicielem. Mnie ujmują precyzjne opisy kuchennego zaplecza, dyskusje o rozmaitych odmianach ryżu i troska o właściwą temperaturę dania. Kuchnia nie znosi kompromisów, chwilami tapla się odmętach absurdu, by wrócić i porwać bez wytchnienia. W Baszy nie ma polemiki, jest autorytarny ton wydobywający się z kuchni i przepis na sukces. Kucharz czerpie śmiało ze swojego talentu, dodaje kunsztu każdej potrawie, jego emocji pożądają adepci całego świata. Pod maską tej zuchwałości czai się coś mrocznego. Co blokuje  spełnienie, za którym bezkompromisowo podąża kucharz. Pani Esencja daje mu wprawdzie  wskazówki, Astrolog sugeruje menu dla sułtana wyczytane z  gwiazd, ale droga do celu jest kręta i pewnie dla tego, tak pociągająca. Jeśli szukacie pysznej, intensywnej książki na letni wieczór dajcie się zaprosić do Baszy Smaku. Basza Smaku Saygin Ersin Wydawnictwo SQN, Kraków 2018 

Rower z koszykiem wypełnionym dobrocią, koc w kratkę, słomkowy kapelusz chroniący przed słońcem, ale i robiący wrażenie. Mój zestaw obwiązkowy na lato, z którego wyciskam moc ładującą akumulatory. Karmię się drobiazgami odnalezionymi w codzienności. Szukam smaków przywołujących wspomnienia. Takich, które opowiadają historię. Wspierają i dodają sił. W tych zakamarkach do odkurzenia pojawia się oranżada. Taka z kapslem koniecznie, do późniejszego rozrywkowego wykorzystania. Kto pamięta, jak buzowała energicznie, potrząsana z premedytacją? Natknęłam się ostatnio na podobne wrażenia, tylko dopasowane bardziej do moich obecnych potrzeb. Tę dziecięcą beztroskę i przyjemność znalazłam w agrestadzie - naturalnym napoju w szklanej butelce. Nie ma w nim konserwantów ani syropu glukozowo-fruktozowego. Napój jest robiony na bazie ekologicznego soku z działkowego agrestu i wzmacniany innymi owocami. Moje dzieciaki pokochały czarną porzeczkę i malinę, mnie ujął imbir i rabarbar. Agrestada jest skomponowana, jak trzeba, z sokiem z cytryny i jabłkami, które zapewniają właściwą harmonię. Choć agrest bywa kwaśny w tym napoju dał się ujarzmić i nie dominuje specjalnie. Pierwszy łyk nie powoduje więc grymasu tylko eksplozję aromatycznej intesywności. Agrestada nie lepi się od niepotrzebnej słodyczy, pozwala wybrzmieć owocom, z którymi jest dobrana we właściwe pary i okiełznać pragnienie. Do wyboru jest agrest z maliną, czarną porzeczką, rabarbarem lub imbirem. To napój w sam raz na trwające upały, do zapakowania w rowerowy koszyk, plecak, plażową lodówkę. Zabieram agrestadę na piknik, a moje dzieci wystawiają jej najlepszą recenzję porównując do domowego kompotu. Przypomina go rzeczywiście, właśnie ze względu na ten brak udziwnień i chemii. Agrestada jest totalnie naturalna, wymieszana ze skarbami ogrodu i pasteryzowana. Użyte w niej owoce pochodzą z ekologicznych upraw, co wzmacnia jej jakość. W każdej butelce jest zaledwie 3% cukru i to trzcinowego. Napój jest robiony z soku tłoczonego na zimno, naturalnie mętnego, co widać na dnie butelki. Ten osad świadczy o jakości, bo sok nie jest filtrowany. Pasteryzacja odbywa się niskiej temperaturze, dzięki czemu agrestada nie traci tego co najcenniejsze - witamin z owoców. Rekonstruktrem agrestowego smaku jest rodzinna firma, która uprawia te owoce na obrzeżach Roztocza. Wcześniej agrest wykorzystywany był jako zagęstnik, ale sentyment sprawił, że stał się głównym bohatrem. I słusznie, bo w takiej roli odnajduje się wyśmienicie! Agrestady szukajcie między innymi na warszawskim i  wrocławskim Eko Bazarze,w kawiarniach, na stacjach benzynowych i tutaj. 

Umami to niespodzianka. Upominek do podarowania. Zaskoczenie obfitujące przyjemnością. Demonstruje triumf natury w subtelnym wydaniu. Smakuje płomiennie, delektuje się drobiazgami. Umami kolekcjonuje liście docenianej dość późno przez kobiety róży i sok z malin. Mości się potem wygodnie i wchłania bez opamiętania. Zostawia  ślad figlowania na stałe. Uzależnia, ale to nawyk wart pożądania. Mamy dziś dla Was przepis nieoczywisty. Na kosmetyki wypełnione pięknem natury. Marka Umami, o której snujemy historię, utkana jest z tego, co zazwyczaj trafia na nasze talerze. Rozlubowałyśmy się w niej autentycznie, bo smaki są takie, jak nasza kuchnia. Szczere i budowane miłością najbliższych. Dajcie się skusić tej opowieści, może pomoże Wam wybrać idealny prezent na zbliżający się Dzień Mamy? Świat Umami czerpie z natury. Dłońmi doktor Doroty Rutkowskiej miesza ją w kremach, romansuje z serum, wchodzi w pyszne mydlane mariaże, koleguje się z balsamamiUmami dzięki wiedzy i niebywałej intuicji lekarki z ponad 20 letnim doświadczeniem  krąży wokół aktywnych składników kwiatów, owoców czy warzyw, zagląda do oranżerii i ogrodu. Tego wokół domu autorki pysznych kosmetyków pielęgnujących, dopieszczonego miłością i troską właścicielki. Nietkniętego chemią i niepotrzebnym syntetycznym  wsparciem. W kremach, balsamach, mydłach, oliwkach nie ma śladu pestycydów. W kosmetykach Umami do znalezienia jest  przede wszystkim to, rośnie najbliżej,  po sąsiedzku dosłownie, by ograniczyć potencjalne źródło alergii. Autorka doskonale wie, jak zioła i minerały wpływają na nasze ciało. Pracuje w stacji dializ i widzi, czym zazwyczaj karmimy organizm. Sugeruje, ale bez dydaktycznego wyrazu , jak najlepiej mu pomóc, czym leczyć. Przez lata eksperymentowała w swojej kuchni i efektami karmiła skórę najbliższych, teraz dzieli się doświadczeniem zamkniętym w eleganckich słoiczkach czy butelkach z ciemnofioletowego szkła określonych definicją Umami. Gdy kosmetykom potrzeba wsparcia oliwy z oliwek, masła shea czy dobroczynnego złota Dorota Rutkowska wyszukuje na świecie zaufane manufaktury, w których ważne, jak i u Niej, są jakościowe detale. Dusza lekarza, troska świadomej kobiety i dobra enegria trafia do każdego produktu. To właściwa recepta mocy, jaka tkwi w kosmetykach Umami. Paleta smaków kosmetyków Umami harmonizuje wdzięcznie z kuchnią. Skład kremów jest głęboki, sprzyjający apetytowi. Można się w nim zadurzyć i słusznie, bo oferuje wyborne doznania. Doktor Dorota Rutkowska udowadnia, że najlepsze kosmetyki to takie, które można zjeść. Naturalne i bezpieczne. Róża damasceńska jest autentyczna, zbierana o świcie przez samą autorkę kremu. Pani doktor musi się spieszyć, bo gdy słońce zbyt mocno spraży liście, kwiat traci cenne olejki eteryczne. Pokrzywa też  wymaga poświęceń, ścinana nim wypuści pierwsze kwiaty parzy niemiłosiernie, ale przecież wtedy jest najpotężniejsza, co doceniają, ci których uwiodła siła Umami. Tych, którzy mają premierowe spotkanie z tymi kosmetykami zaskoczy intensywność doznań. Nie ma w niej nic z ulotności, nie zniknie niepostrzeżenie, a pysznić się będzie na skórze dłużej niż wyrafinowane perfumy. Rumianek i malina, choć dedykowane wrażliwej skórze dzieci, rozsmakowują się też na dojrzalszej skórze i chronią ją przed słońcem. Oliwkę warto wkropić do kąpieli i fundować sobie niespieszny relaks. Skład ma niemal taki, jak dressing do sałatki, jest olej słonecznikowy, są migdały,maliny i sporo kropel innego dobra. Polecamy do debiutu w pakiecie z siłą róży. Do niej Pani doktor ma niebywałą słabość i medyczne uzasadnienie. Róża jest zbawieniem dla cery dojrzałej, jej olejek nie tylko odmładza czy pielęgnuje, ale też wpływa na neuroprzekaźniki. a więc poprawia nastrój! Bywa afrodyzjakiem:) Krem różany wzmacniany rozmarynem z serii Umami nie podrażnia skóry, ujędrnia ją skutecznie, nawilża, dodaje zauważalnego blasku i co nas już po pierwszym tygodniu stosowania zaskoczyło - świetnie wyrównuje kolor cery i rozprawia się z przebarwieniami. W różanej kobiecej serii jest też serum z malinami, peeling z piaskiem kwarcowym czy mydło z glinką francuską.    Jeśli trapią Was problemy z suchą skórą, podrażniają polecane w reklamach kosmetyki z drogerii czy apteki, skuście się na zmysłowe mydło paczula ze 24 karatowym złotem. To wydanie luksusowe, ale bez obaw, cenę ma przystępną - 160 g kostka kosztuje 30 złotych. Skórze trądzikowej przyda się wsparcie serum z czarnuszki i ogórka oraz mydło z szałwi lekarskiej i zielonej glinki francuskiej. Jego bazą są nierafinowane, tłoczone na zimno oleje, które doskonale oczyszczają i nawilżają. Mydło spokojnie zastępuje nawet szampon i jak wszystkie kosmetyki Umami, aromatycznie nie pozwala o sobie zapomnieć:) Pożegnanie wrażliwej skóry pod oczami funduje natomiast duet nagietka i zielonej herbaty. To puszysty krem, który naprawia, co się popsuło, nawilża, napina i czyści skórę z niechcianych cieni. Do rozsmakowania koniecznie:) Umami ma receptę na rozmaite problemy, ale każdy z nich rozwiązuje indywidualnie. Funduje skórze spragnionej skórze obfity posiłek, które znużone ciało niewątpliwe doceni. Każdy z nas zasługuje na ten rarytas, odrobinę luksusu w szaleństwie codzienności. Jeśli zastanawiacie się, jak rozpieścić swoje mamy w ich dniu ( 26 maja już za moment:)), obdarujcie Je tym zuchwałym kulinarno-kosmetycznym koktajlem z serii Umami.  To właściwy pretekst do pysznego nasycenia się dobrem natury.  Kosmetyki Umami i więcej informacji o nich znajdziecie tutaj. Jeśli zamówicie je na Dzień Mamy, dostaniecie niespodziankę!

Stos porzuconych liści wciśnięte niedbale do skrzynki,  którą pod koniec dnia ktoś zaniesie do śmietnika tuż obok. Cieszą zielenią i soczystością, ale to mało kogo obchodzi. Są odrywane na specjalne życzenie, a tych, licząc wypełnione nimi po brzegi pudła, jest co niemiara. Nikomu nie chce się targać do domu kompletu, skoro liście i tak do niczego się nie przydadzą. To chwast przecież - słyszę, gdy pytam dlaczego. Liście jedzą tylko króliki - drwiąco ich potencjał ocenia ktoś przede mną. Są gorzkie -  wydaje wyrok młoda dziewczyna z dzieckiem  na rękach, dla którego wybiera najlepsze marchewki. A mnie kuszą, więc zbieram te wszystkie sieroty i szukam na nie pomysłu. Sięgam do rodzinnych historii, jestem w kuchni obok babci i ukradkiem spoglądam na jej dłonie, które najpierw opłukują liście z piasku, bo lubi ten łobuz  zbierać się w ich zakamarkach, a potem suszą je i siekają. W lodówce przegryza się śmietankowy sos, oblebione nim będą miłym kompanem dla młodych ziemniaków z koperkem, które właśnie miękkną w garnku. Liście rzodkiewki mają moc. Więcej w nich witaminy C niż w cytrynie! Genialnie czyszczą organizm z toksyn, usprawniają prace żołądka i przemianę materii. Odtruwają i regulują ciśnienie krwi. Wyposażone są w potężniejszą gamę wartości odżywczych niż ich różowe sąsiadki. Są najzdrowszą częścią pęczka, po który sięgamy tak chętnie w nowalijkowym sezonie. Na Dalekim Wschodzie wyciskają z nich sok, którym leczą żółtaczkę. Lepiej ich nie lekceważyć, bo przydadzą się organizmowi - na ich porcję zareaguje z wdzięcznością. Wykorzystnie liści idealnie wpisuje się w ideę #zero waste w kuchni, którą promują najlepsi kucharze. W restauracji Water&Wine z czułością myśli się o każdym składniku, który trafia na stół. Sporo produktów pochodzi z ogrodu, który rozrasta się przed oknami. W Drzewcach nowalijki otoczone są opieką, szefowie kuchni Marek Flisiński i Kamil Raczyński regularnie sprawdzają, jak im się wiedzie, bo to z tego, co wyrośnie im w ogrodzie potem konstruują wybitne dania. Rośliny mają zapewnione dobre warunki  - najpierw są w szklarni, bazują na wsparciu natury, co przebija się później w ich uczciwym smaku. Ta autentyczność została doceniona ostatnio. Restauracja Water&Wine znalazła się w nowej edycji międzynarodowego przewodnika Where Chefs Eat. Trafiają tam tylko wyjątkowe miejsca, a to w Drzewcach przy rozlewni wody Cisowianka takie jest, bo nie karmi codziennie. Na kolację trzeba się zapisać ze sporym wyprzedzeniem. Inspiracje z Water&Wine przenoszę na swoje domowe talerze i łączę z rodzinnymi przepisami. Liści rzodkiewki więc absolutnie nie wyrzucam, tylko dorzucam do zupy, sałatki, koktajlu czy pesto. Pyszne są także pieczone lub duszone z dodatkiem mięsa. Mogą być farszem do kruchej tarty. Na pewno nie powinny trafiać do śmietnika i liczę, że moje propozycje Was skłonią do tego, by liściom rzodkiewki dać szasnę. 

Czają się jeszcze i wciąż nieśmiało wypuszczają łodygi, liście czy natki ku słońcu, ale już za moment będzie ich wszędzie pełno i zdominują swą obecnością nasze talerze. Nowalijki pysznią się w wiosennej odsłonie i smakiem nagradzają za wytrwałe oczekiwanie na ich moc. Tej mają w sobie sporo, są pełne witamin i minerałów, od trzonka do korzonka wypełnione energią, która wspiera zmarnowany wylegującą się zbyt długo w płatkach śniegu zimą organizm. Potrzebujemy nasycenia tym, co ma znacznie lżejszy bagaż. W walizce nowalijkowych przyjemności chrupią rzodkiewki, pachną soczystością liście szpinaku, zalewa się różowym pąsem drobna botwina i zielenieje natka   marchewki. Nowalijki wkraczają z tą swoją krzepą do kuchni, stukają o blat i proszą o słuszą uwagę. Mają tyle do opowiedzenia. Nie było ich przez dobrych kilka miesięcy, kazały na siebie czekać, jak zwykle, bo chcą, by garnkach mieszać uczciwie i sezonowo. Gotowanie w rytmie natury ma sens nie tylko ekonomiczny, ale przede wszystkim jakościowy. Jaka tkwi uciecha w tym, żeby w grudniu zjadać pomidory lub ogórki. Brak im wyostrzonego smaku i tej premierowej radości. Czekanie na rozpoczęcie nowalijkowego sezonu ma urok osobliwy, trzeba zafundować sobię tę drobną przyjemność. Szefowie kuchni grają w zielone, propozycje w swoich lokalach dostosowują do tego, co za oknem. W urokliwym miejscu Water&Wine czerpią z luksusu, który sami zasiali. Restauracja ma swój ogród, więc koperek czy pietruszkę zrywa się prosto z grządek. Wydźwiek jest na talerzach, jeśli chcecie sprawdzić, jak wyjątkowy, rezerwujcie u nich stoliki. W Drzewcach niczego się nie marnuje, bo każdy składnik jest zbyt cenny, by trafiał do kosza. Czerpię z tych inspiracji i ideę #zero waste wykorzystuję w swojej kuchni. Odzyskuję moc z pomarszczonych rzodkiewek, zwiędniętą sałatę duszę na patelni, a miękkie marchewki ożywiam miodem. W resztkach tkwi potencjał, niech to, co wciąż dobre trafia na stół, a nie do śmietnika. Młode rzodkiewki mają swój niebywały urok, ale tylko przez moment. Porzucone obrażają się i tracą swą chrupiącą otoczkę, która kusi w nich najmocniej. Ja daję im drugą szasnę w piekarniku. Jeśli jeszcze nie ogrzewaliście rzodkiewek jego ciepłem, spróbujcie koniecznie. Odzyskają swój blask i wrócą na talerz w wykwintnym wydaniu. składniki:

  • rzodkiewki
  • garść płatków migdałowych
  • łyżeczka soku z pomarańczy
  • łyżka listków mięty
  • płaska łyżeczka miodu
  • łyżka oliwy
  • sól i pieprz
Rzodkiewki umyć, przekroić na pół lub pokroić w ćwiartki. Przełożyć na blachę do pieczenia wyłożoną papierem. Piekarnik nagrzać do 180 stopni.W miseczce wymieszać oliwę, miód i sok z pomarańczy. Sosem polać rzodkiewki. Opórószyć solą i pieprzem. Posypać płatkami migdałowymi. Do rozgrzanego piekranika wstawić blachę z rzodkiewkami i zapiekać około 15 minut - gdy zaczną brązowieć można wyjąć wcześniej. Gotowanie w rytmie #zero waste moblizuje do tego, by odkrywać możliwości, jakie daje cały składnik. Rzodkiewka ma liście, które można pysznie wykorzystać. Jest w nich chociażby dwa razy więcej witaminy C niż w cytrynie. Jeśli dodtąd jadły je jedynie Wasze świnki morskie i króliki, poczekajcie na kolejny przepis. Podrzucę kilka znakomitych podpowiedzi na porzucane zazwyczaj liście!  

Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii

"Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii” autorstwa Patrycji Siwiec i Adama Pawłowskiego MS, to pierwsza w Polsce publikacja w całości poświęcona profesjonalnej obsłudze oraz temu, jak gościnność przekłada się na sukces w gastronomii. To podręcznik napisany przez praktyków, których doświadczenie wsparte jest również wywiadami z ekspertami z branży. To książka, której zdecydowanie brakowało i która doskonale zapełnia lukę na rynku. I która jest potrzebna bardziej, niż jakakolwiek inna. Dlaczego? "Miesiąc po wizycie w restauracji zwykle nie pamiętamy tego, co jedliśmy, za to doskonale pamiętamy, jak zostaliśmy obsłużeni. Dobry serwis uratuje niezbyt smaczny posiłek, a nieprofesjonalna obsługa zepsuje nawet najlepsze danie. Dlatego choć jako gość odwiedzamy wiele różnych restauracji, to wracamy najczęściej tam, gdzie wyjątkowo nas potraktowano" - czytamy w książce. Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii W książce można znaleźć scenariusze, tj. przykładowe zestawy pytań, które prowadzą do wzrostu sprzedaży. To także gotowe manuale (do indywidualnego dostosowania). Jeden rozdział poświęcony jest z kolei temu, jak postępować w sytuacjach kryzysowych. Z "Gościnności" dowiecie się także, dlaczego lepiej nie otwierać własnej restauracji. Z częścią powodów trudno się nie zgodzić (tak, to prawda, że będąc współwłaścicielką restauracji spędzałam w niej znacznie więcej czasu niż gdziekolwiek indziej,  prawo Murphy'ego nie przestaje zaskakiwać) i trzeba mieć naprawdę silną motywację , aby się mimo to odważyć się do wejścia w ten biznes i odnieść sukces. „Gościnność” to: - ponad 280 stron konkretnej, sprawdzonej wiedzy - kilkadziesiąt prostych do wdrożenia porad - kilkanaście scenariuszy szkoleń wewnętrznych dla pracowników gastronomii - dział poświęcony pracy sommeliera - przykład skróconego manuala - historie wzięte z restauracyjnego życia - 9 wywiadów ze specjalistami i mentorami polskiej i światowej gastronomii: dr Joanna Heidtman (psycholog), Claire Randall (pracowała jako inspektor przewodnika Michelin), Gerard Basset MS MW OBE (Najlepszy Sommelier Świata 2010), Ronan Sayburn MS (Oficer Operacyjny The Court of Master Sommeliers), Piotr Kamecki (Prezydent Stowarzyszenia Sommelierów Polskich), Grzegorz Kłos (restaurator), Daniel Pawełek (restaurator), Adam Jarczyński (ekspert do spraw savoir-vivre), Bogdan Gałązka (szef kuchni i restaurator) Jeśli pracujecie w gastronomii lub planujecie otworzyć własną restaurację, to tą książkę powinniście potraktować jak lekturę obowiązkową. Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii Autorzy: Patrycja Siwiec i Adam Pawłowski MS Wydawnictwo: TAKE EAT EASY Cena: 59zł Książka dostępna jest w sprzedaży internetowej: www.goscinnosc.pl