Była naczelna Kukbuka napisła o tym, co w jej kulinarnej duszy gra. O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu. To książka z apetytem na jakość i autentyczny smak. Taki od zaprzyjaźnionego rolnika, który opowie o swoich uprawach. Restauratorach trzymających poziom. Małych przetwórcach robiących wielkie rzeczy. W książce Agaty Michalak polska kuchnia obfita w rodzime produkty napawa dumą. Jest w niej troska Wojciecha Amaro o to, by najlepsze składniki świeciły na talerzu całym swoim blaskiem i  przerabianie 300 litrów mleka na owczy ser z mazurskiego rancza Fronitiera. Są historie mieszczuchów, którzy porzucili miasto i zaczęli karmić turystów, tym, co sami wyhodowali. Snują się rodzinne opowieści o odziedziczonej piekarni, gdzie w starym ceramicznym piecu wypieka się wyłącznie chleb na zakwasie. I o pstrągach, które w Ojcowie hodują dwie dziewczyny z Krakowa. Mama w kaloszach dogląda ryb, córka z modną grzywką i bystrymi oczami zajmuje się marketinkiem i sprzedażą.

Batch - najlepsza książka o przetworach

Ta książka karmi treścią. Batch to solidna lekcja, po której odrobieniu, strach przed eksperymentami i zakręcaniem słoików zniknie całkowicie. Tu nie ma tylko zdawkowych przepisów na kolejne dżemy i sosy. Jest dawka porządnej wiedzy, sporo refleksji i osobistych uwag. Właściwa lektura na obfity do przetwarzania sezon! Nie przegapcie jej:) Batch - najlepsza książka o przetworachBatch uczy pasteryzacji, kiszenia, suszenia, fermentacji, chłodzenia, solenia i wędzenia oraz infuzowania. Historia zaczyna się od absolutnych podstaw. Wyjaśnienia na czym polegają poszczególne procesy, czego do ich przygotowania potrzeba, z jakimi problemami będziemy mierzyć się po drodze. Bo przetwórstwo, choć intrygujące, nie zawsze ma szczęśliwy finał. Są więc też recepty na uniknięcie porażek i poprawianie błędów. Wiadomo, co zrobić, gdy galaretka nie gęstnieje, a pikle bywają zbyt miękkie. Batch - najlepsza książka o przetworach Ideą Batch jest pokazanie, jak łatwo można świeże składniki przekształcić w przetwory, a następnie wykorzystać je do przygotowania smacznych posiłków. Śmiały cel ma para blogerów z Kanady, która na początku swojej kulinarnej drogi o zakręcaniu słoików nie miała pojęcia. Bakcyla połknęli po wspólnie zrobionym słoiku dżemu i od tego czasu na stronie wellpreserved.ca zamieścili ponad 700 przepisów związanych z konserwacją jedzenia. W 10 minut robią suszoną żółtą i zieloną fasolę, kręcą masło morelowe, a marchewkę marynują z chrzanemBatch - najlepsza książka o przetworach Joel i Dana żyją w rytmie natury i dbają, by na ich stole pojawiały się dobre jakościowo produkty. Ich Batch jest zachętą do wyprawy na targ po 25 składników. To według nich ułożone są przepisy. Są jabłka, buraki, pomidory, mięso czy ryby. Składniki, które mają w zasięgu ręki, bliskie ich kuchennej tożsamości. Każdy z rozdziałów poświęcony jest jednemu produktowi, oferuje sześć przepisów do jego wykorzystania i co najmniej trzy techniki przetwarzania. Praktycznym pomysłem są podpowiedzi, do czego potem użyć przygotowane przetwory. Przydają się też informacje, ile czasu zajmuje wyprodukowanie jednej porcji.  To książka, w której nie dominują zdjęcia, a grafiki, uwagi i instrukcje. Urzeka mnie ten nieproporcjonalny,choć merytorycznie ciekawy pomysł. Wertuję Batch i szoruję słoiki. Joel i Dana potrafią zainspirować! Batch - najlepsza książka o przetworach Batch Joel Maccharles&DanaHarrison  Wydawnictwo Otwarte  Kraków, 2017  Zapisz Zapisz

Kolekcjonuję serniki. Pieczone w kąpieli wodnej, która gwarantuje im nieskazitelną biel. Orzeźwiane chłodem w celu stężenia. Barwione jagodami albo czekoladą. Z kąpiącymi się w nim rodzynkami, migdałami, orzechami. Każda wersja mi odpowiada, bo jestem sernikową fanką absolutną. Ten wakacyjny sernik jest najzwyklejszy. Jedynym jego urozmaiceniem są maliny gęsto ułożone na wierzchu. Czasem jest tak, że przerost burzy formę. Mój sernik na szczęście nie uległ takiej pokusie. Dlatego Wam go polecam.

Z bobem zawsze jest tak samo. Ten premierowy smakuje nie do nasycenia. Soczysty, świeży, potrzebuje zaledwie kilku chwil we wrzątku. Im go więcej, tym mniejsze ma wzięcie, bo zaczyna mu brakować chrupkości i początkowej delikatności. By jednak nie marnować sezonu, na finał bób można zmienić w kremową zupę. Charakteru doda mu zdecydowanie por, a gęstości ziemniaki. Tymianek właściwie doprawi, a pełny talerz nasyci.

A Wy wszyscy zostaniecie kiedyś weganami, zobaczycie - powiedziała Marcie Dymek graficzka, z którą blogerka pracowała przy najnowszej książce. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszy nakład  Nowej Jadłonomii zniknął w ciągu 10 dni, to mogą być prorocze słowa. Komuś w końcu te roślinne przepisy są potrzebne. Zielona rewolucja trwa i Marta Dymek jest jej ambasadorką. Nie dała sobie jednak przypiąć medalu dumnej zasługi, który skłania do odcinania kuponów, tylko ruszyła w drogę. Dotarła do 50 krajów i wróciła z notesem pełnym inspiracji. Na lokalnych targach, w niepozornych barach, u gospodyń domowych wypatrywała składników i smaków, które mogłaby przywieź do Polski. A potem wyrzuciła chłopaka, którego kocha nad życie, z kuchni i  te wspomnienia przekładała na talerze. Efektem jest koreańska mizeria i intrygujące ciasto pomidorowe. Pysznią się ziemniaki z Bombaju i pietruszka po tunezyjsku. Jest kapusta z Kreali z wiórkami kokosowymi i moje ukochana zupa Pho, o której Marta Dymek mówi, że mogłaby napisać osobną książkę, tomik poezji i powieść romantyczną, a ja mówię - pisz dziewczyno, pisz, pierwsza kupię komplet! Przepis z Wietnamu, a jakże, który funduje nam podróż na gwarne ulice Sajgonu. Jest w nim obfitość kolendry, cynamonu, goździków czy anyżu. Doprawiona cukrem, brandy i sokiem z limonki. Jeść się chce już na etapie kompletowania składników i pochylić z szacunkiem ku autorce za mozolne skonstruowanie swojej wersji. Do bezproblemowego odtworzenia w Polsce.

Mój ulubiony podwieczorek. Śniadanie w sumie też. Wszelkie placuszki mile widziane. Uczucie przekazałam w genach dzieciom, które regularnie proszą o kolejne porcje. Gdy wczoraj deszcz popusł nam plany i zmoczeni musieliśmy wrócić do domu, na osłodę usmażyliśmy sobie talerz dobroci. Placuszki z jagodami poprawiły nasze humory i nawet już nie obrażamy się na kapryśne lato. Wykorzystuję jagodowy sezon, słusznie zresztą, bo do tych rumianych placuszków drobne owoce pasują wyśmienicie. Zatapiają się w cieście, rozpływają w czasie smażenia i dają pożądaną słodycz.

To bardzo zielona książka. Obfitująca w warzywa wypełnione chlorofilem i naturą, za którą tęskni się mieszkając na betonowym osiedlu. Piotr Kucharski, w Miejskim Farmerze zakasuje rękawy i  to bezproduktywne wzdychanie, zmienia w działanie. Na niewielkiej wrocławskiej działce w centrum miasta sadzi rośliny bez sztucznych nawozów, ze swoimi trzema synami obserwuje dżdżownice i upaja się sukcesem, jakim jest wyhodowanie własnego jedzenia.   Z ogrodu Piotra Kucharskiego wszystko trafia prosto na talerz i to przywilej nie do zastąpienia w globalnym świecie transportu i trudnego wyboru. Miejski Farmer sam decyduje co i kiedy posadzi. Może rozsiać ziarna rzadkich ziół, których nie opłaca się hodować w przemysłowej skali, trudno dostępne kwiaty cukinii i fioletową marchewkę. Uprawa grządek zapewniają  relaks, a pierwsze plony niesamowicie poprawiają humor. Podejmuje ryzyko i sadzi bakłażany, które niespodziewanie rosną porządnie oberżynowe, jak należy. Ogródkowa rewolucja, do której namawia Piotr Kucharski podzielona jest spójnie na pory roku. To w sumie kalendarz ogrodnika, z konkretnymi terminami przypominającymi o  zaplanowaniu, skopaniu, wysianiu czy wreszcie z satysfakcją zebraniu. W lutym najlepiej więc robić pierwsze zakupy, w marcu ciąć krzewy i wysiewać nasiona na rozsady. W kwietniu i maju siew idzie już pełną parą. Także na balkonie. Piotr Kucharski przekonuje  bowiem, że Miejskim Farmerem można zostać także na swoim niewielkim balkonie. Ma zbiór rad, co przeciętny mieszkaniec bloku powinien zrobić, by mieć ziemniaki pod ręką, za oknem na swoich  kilku metrach rzodkiewkę i pomidory. Można też siać truskawki, maliny, a w najskromniejszej wersji zioła. Im więcej plonów, tym lepsza zabawa w kuchni, o czym kusząco i inspirująco Miejski Farmer informuje w swojej książce. Bo to nie tylko poradnik młodego działkowca, ale i fachowy zbiór przepisów komponowanych na bazie tego, co udało się samodzielnie wyhodować. Wiosną jest rukola z oliwkami i makaronem, latem bliny z jagodami czy zapiekane młode pory. Jesienią owoce pod koglem moglem, lody selerowe czy polenta ze świeżej kukurydzy. Miejski Farmer ma w sobie coś z nienarzucającego się poradnika i szkolnej lekcji biologii. Kusi łatwością zmiany i perspektywą sukcesów. Oprócz dobrych rad funduje też zestaw zdrowych przepisów, które smakowo ubarwią każdą porę roku. Książkę polecam zdecydowanie do kupienia, nawet, jeśli nie zamierzacie zostać Miejskim Farmerem. Jeszcze:)   Miejski Farmer Piotr Kucharski Wydawnictwo Pascal Cena okładkowa 49,00 zł Zapisz

Ależ to jest zaskakujące danie. Niby naleśnik, a bardziej skłaniający się ku pasztetowi. Ujmujący delikatnością i chrupkością. Tort wątrobiany pieką ukraińskie panie domu, składają go cierpliwie i by właściwie połączyć wszystkie warstwy na samej jego górze kładą książkę:) Ja ten element pominęłam, do sosu, którym naleśniki są przekładane, dodałam pokrojonego drobno świeżego ogórka, a po konsumpcji już wiem, że jeszcze lepiej sprawdziłby się kiszony. Tort wątrobiany to klasyk kuchni ukraińskiej. Wróciłam właśnie z ekscytującej smakowo podróży po kraju naszych sąsiadów i zazdroszczę im obfitości oraz dumy z narodowej kuchni. Jedzą tam pysznie, tanio i lokalnie. Ukraińcy kochają podroby i potrafią się nimi właściwie obchodzić. Mózg grillują, język pieką, a uszy smażą. Człowiek oblizuje się z zachwytem i prosi o przepisy. Od poznanej na wakacjach Julii wzięłam ten na tort z wątróbki. Powiedziała, że robi najlepszy, dała precyzyjną instrukcję, ja wykonałam i poczęstowałam gości, którzy wpadli do męża na imieniny. Bardzo przypadł wszystkim do gustu.

Gdyby w szkole był przedmiot o jedzeniu, chciałabym, żeby moje dzieci uczył Grzegorz Łapanowski. Chłopak z kuchennym biglem, który zaraża smacznym optymizmem. Autor projektu Szkoła na Widelcu i kulinarnego studia Food Lab w najnowszej książce wielkości szkolnego dziennika, wystawia oceny poszczególnym produktom. Jego Wzór na Smak to obowiązkowy podręcznik dla kulinarnych pasjonatów, bo rozwiewa wszelkie wątpliwości. Zanim kucharz poda nam przepis, najpierw skrupulatnie opisuje składniki. Powie, że cukinia lubi migdały cytrynę i tymianek, w innej wersji sprawdzi się z czosnkiem, pieczarkami i natką, dobrze jej będzie też w towarzystwie jajka, parmezanu i masła. W krótkim opisie zawiera kilka pomysłów na wykorzystanie tego warzywa, a jak już go skończy, dorzuca w bonusie 2 całkiem ciekawe, rozbudowane koncepcje. Taki wzór na smak Grzegorz Łapanowski wykorzystuje w całej swojej dość obfitej treściowo książce. Proponuje rozmaite połączenia  odpowiednie dla przedstawianych produktów. Zestawienia tworzy nie tylko słowami, ale i grafiką wyraźnie inspirowaną szkolnymi podręcznikami. Seler ma swój zbiór oraz podzbiory, a w nich dodatki, które mu, zdaniem kucharza bardziej i mniej pasują. Podoba mi się taka zabawa, to mrugnięcie okiem i wejście w nauczycielskie tony. Nie jest jednak nudno i moralizatorsko, bo wiedzę Łapanowski serwuje energicznie, więc czerpać chce się z niej łapczywie. Wzór na smak jest złożony z miłości do jedzenia. Składnikowo zachłanny, zdjęciowo bogaty, przepisowo inspirujący. Grzegorz Łapanowski udziela subiektywnej lekcji, z jednej strony kłania się bezpiecznej klasyce, a z drugiej puszcza oko ku improwizacji. Jego pomysł ma być zaledwie ziarnem zasianym na kulinarnej ziemi, po której wciąż niepewnie stąpają czytelnicy. Jeden klucz jest niezawodny - wybor najlepszego produktu. Bez względu na danie, kuchnie, porę dnia. Jędrny kalafior, słodka marchewka, chrupiąca rzodkiewka, one zawsze powinny najważniejsze. Technika, kompozycja, konsystencja - to dodatki, które mogą danie wznieść na smakowe wyżyny, ale bez dobrej podstawy nie ma szans na pyszny sukces. Kucharz ma swoje sprawdzone źródła skąd przywozi świeże zioła, warzywa, czy mięso i zachęca, by każdy takich lokalnych dostawców poszukał u siebie. A przed zakasaniem rękawów i rozpoczęciem gotowania trzeba z dominującym elementem dania się zaprzyjaźnić, poznać jego rodzinę, fakturę, aromat. To ułatwi komponowanie przepisu i zmniejszy ryzyko wpadki. Szczególnie podoba mi się opowieść o tym, jak budować danie. To jeden z rozdziałów, w których autor kładzie swoje kulinarne serce na stół i rozkłada jedzeniowe emocje na detale. Między słowami znowu rzuca przepis, nieco chaotycznie, ale ten jego schabowy w panko, japońskiej panierce z kapustą od baby jest tak autentyczny, że aż chce się ten wzór odtworzyć w swojej kuchni. Bo choć w najlepszych restauracjach każde danie buduje zespół ekspertów z szefem kreatywnym na czele, w domu liczy się prostota. To skromność gwarantuje daniu harmonię, więc Łapanowski namawia do ograniczenia. Nie chce w kuchni "bizancjum" lecz minimalizmu w postaci 2-3 połączonych właściwym wzorem składników. Wzór na smak to manifest. Apel o docenianie dobrego jedzenia, skupianie na wartościowych składnikach i szukanie najlepszych produktów. Grzegorz Łapanowski ma swoją kulinarną misję, w tej książce pokazuje też, jak on kulinarnie dojrzał, czego się nauczył, z jakich doświadczeń czerpie, czego chce. Wzór na smak ma sobie pewną dwuznaczność, bo z jednej strony okraszony jest pomysłami do wykorzystania, a z drugiej mobilizuje do samodzielnej kreatywności. To jedna z lepszych książek kulinarnych, więc nie zdziwię się, gdy za chwilę trzeba będzie dodrukowywać egzemplarze:)   Wzór na smak Grzegorz Łapanowski Wydawnictwo Full Meal Publishing House Książka w dobrej cenie jest do kupienia w internetowej księgarni BookMaster    

Eliza Mórawska uczyła mnie piec chleb. Sama o tym wsparciu nie ma nawet pojęcia, bo robiła to wirtualnie, dając szczegółowe instrukcje na swoim blogu White Plate. To jedna z cieplejszych stron w sieci. Taka bardzo domowa, z rodzinnymi opowieściami w tle,w które mimochodem autorka gustownie wplata przepisy. Dotąd słynęła z pieczywa i deserów, wiosną przeszła na lżejszą stronę mocy i wydała książkę z planem zdrowych posiłków. Na zdrowie to demonstracja siły warzyw i owoców. Są w porannej owsiance, lekkim obiedzie i makaronie na kolację. Każdy przepis jest naturalnie prosty do odtworzenia, bo Eliza Mórawska wspiera w kuchni ideę skromności. Nie sili się na wyszukane kompozycje, gotuje z tego, co ma najbliżej. Wierna kalendarzowi natury, w sezonie nie traci apetytu na jarmuż z dymką i malinami, mizerii dzięki mięcie dodaje animuszu, a hołd wielkopolskim korzeniom męża oddaje gzikiem z pyrą.