Skończyłam oglądać serial The Crown i ujęła mnie młoda księżniczka, a chwilę później królowa, która z niesamowitą swadą i dostojeństwem zarazem popijała herbatę. Zawsze podawano Jej ją w stylowej porcelanie, niekiedy Elżbieta napój doprawiała konfiturami, rano dolewała do niego mleka, którego z reguły nie żałowała.   Ten obrazek przypomniał mi, jak czarująco przyjęła nas w grudniu Ewelina Łebkowska w Water&Wine. Dostałyśmy porcję zmysłowych naparów, w których przeplatały się lubieżnie wytworne nostalgie. Jeśli chodzi o detale, to był charakterny topinambur, wzmacniający rokitnik, kojący rumianek. Doprawione intensywnością korzennych przypraw robiły właściwe wrażenie. Ewelina raczyła nas nimi w kieliszkach i ten gest postanowiłam powtórzyć w sylwestrowy wieczór. Swoim gościom też zasugeruję zimową naparową rozgrzewkę. Już poczyniłam przygotowujące treningi i podjęłam działania. Ususzyłam skórki topinamburu, bo to napar z nich został moim faworytem. Pachnie prażonym słoneczkiem, słodkością i uprzejmością. Zdzieranie obierków z bulwy to frapujące wyzwanie, ale efekt finałowy wart jest poświęcenia. Z warzywa przy okazji dobrze jest ugotować kremową zupę, która może być preludium do sylwestrowego imprezowania. Zupa zaskakuje wyrazistością, lubię ją posypać pestkami uprażonego słonecznika albo chrupiącymi chipsami z topinamburowych skórek. Prężą się wtedy nadzwyczaj szykownie.   Zawartość pozostałych naparów u mnie też w sumie  narzucają resztki, jakich kolekcję uzbierałam po świętach. Zrobiłam te zapasy z premedytacją, pozwolę im teraz swawolnie wybrzmieć w domowych napojach. Mam na stanie skórki pomarańczy i cytrusów, pestki z grantu, liście mięty i kolendry, ususzone ziarna rokitnika, pyłek pszczeli i kwiaty rumianku. W słoiku przetrwały maliny, może utrę z nich puder, co doda klasy jednemu z naparów? Moje propozycje są tylko zachętą, do subiektywnej zabawy. Przełamcie napojową monotonię i w ten ostatni dzień roku zaszalejcie z gorącymi, niech ich kojący asortyment rozleje się niemal z taką samą intensywnością i brawurą, jak szampan o północy.   Ja czerpię inspirację z kuchni w Drzewcach, gdzie dzieją się cuda. Tam zgrabnie połączona ekipa kombinuje łapczywie, żeni zjawiskowo z pozoru niechętne ku sobie składniki, troszczy się o każdy produkt, a te które jest w stanie, hoduje samodzielnie. Bez niepotrzebnych wzmacniaczy, w oparciu o autentyczny kalendarz natury. Tam nic się nie marnuje, na każdą łodygę, wyhodowaną marchewkę i głaby kapusty jest pomysł. Ubóstwiam zaglądać w zakamarki ich codzienności, patrzeć, jak Marek Flisiński w skrytej za grządkami pomidorów ziemniance częstuje ukradkiem nalewką z kurek. Pręży się w tej kolejcji też ukiszony rabarbar i orzechy. Dużo dobra wszelakiego, co zdobi i zachwyca gości. Dobrze jest w Drzewcach kruszyć wypiekanym przez Michała Krzysiaka chlebem. Ostatnio zjadłam nieprzyzwoitą ilość grubaśnych pajd zatopionych w oleju i jeszcze zabrałam chałkę na wynos. W Water&Wine trudno się oprzeć pokusie.   Wy też się nie powstrzymujcie i jeśli chcecie zaskoczyć swoich gości, przedstawcie im naparową kompozycję. To dobra wróżba na Nowy Rok.

Zarządzam audyt poświątecznych pozostałości. W swojej kuchni, ale i Was do niego zachęcam.  Zaglądajcie do lodówek, na balkon i spiżarnii. Dawajcie resztkom szansę, niech się nie marnują. Metamorfoza potrafi zaskoczyć, bożonarodzeniowe ciasta mogą zostać truflami, buraki z zakwasu zmienić w intrygujący smakowo bigos, a za dużo kupionego pieczywa skończyć w brownie. Jeśli w Waszych lodówkach wciąż jest zbyt dużo bożonarodzeniowych dań,a nie macie apetytu na nie w nowej wersji, dajcie sobie czas na powrót ponownej namiętności. Niech Wasze drogi się rozejdą na moment. Karp, pasztet, makowiec i pierogi przeczekają te ochłodę uczuć w zamrażarce. Za kilka miesięcy, gdy zatęsknicie, wystarczy wyjąć ukryte w niej skarby i nawiązać pyszną relację. Zachęcam Was do wykorzystania resztek, bo wyrzucanie jedzenia to najsłabszy z pomysłów. Powtarzam uparcie, że skala marnowania musi być zahamowna, bo świat w tej sprawie przekoroczył już rozsądne granice. 1/3 produkowanej żywności kończy w koszu, przeciętny Polak wyrzuca co miesiąc co najmniej 4 kilogramy jedzenia co miesiąc. W okolicach świąt pewnie dwa razy więcej. Te wszystkie firmowe Wigilie, przyjacielskie śledziki i miłe spotkania przy barszczu z uszkami. Ja z tego grudniowego przedświątecznego sezonu zapamiętałam smakowo tylko jedną kolację. Niezwykłą absolutnie. Inspirującą tak genialnie, że będę jej okruchami karmić się przez kolejne miesiące. To był rozkosznie obfity mikołajkowy  prezent podarowany przez niezawodną ekipię Water&Wine. Sugerowanie się określeniami z menu w Water&Wine to błąd. W tych nazwach na talerzu nic nie jest takie, jakby się mogło wydawać. Każde danie kryje niebywałą niespodziankę. Skrupulatnie wyważone,  zdominowane kolekcją subiektywnych wrażeń i doświadczeń. Marek Flisiński czuwa nad konceptem restauracji zlokalizowanej przy rozlewni wody Cisowianka i robi to z takim rozmachem, że wzbija się na kulinarne wyżyny. Ten rok zakończył nagrodą Galut Millau. Żółty Przewodnik uznał Go najlepszym szefem kuchni. Patrząc na te kreacje, które zespół Water&Wine tworzy, namawiam i Was do eksperymentów. Odczarujcie swoje bożonarodzeniowe przysmaki i zaserwujcie je w oszałamiającej odsłonie.  

Zakupy, sprzątanie, pieczenie, dekorowanie, pakowanie – lista przedświątecznych obowiązków wydłuża się niemiłosiernie, a czas kurczy nieubłagalnie. By nie ulec napięciu, nerwowo nie szukać straconych chwil, serwuję przepis na dawkę rozsądku i przyjemności. Niech Wasze bożonarodzeniowe przygotowania będą słodkie, jak lukier z pierników, oprószcie je obficie domową miłością i rodzinnym ciepłem. Plan na ten spokój wygląda następująco. Z kartką w ręku Sobotni poranek to dobry moment na zaplanowanie dań, jakie pojawią się na świątecznym stole. Najpierw potwierdźcie listę gości, a potem do ich ilości dopasujcie menu. Pamiętajcie, że każdy ma tylko jeden żołądek, więc nie trzeba piec trzech rodzajów serników i 2 makowców. Jedzeniowe ograniczenie naprawdę ma sens. Co miesiąc Polacy wyrzucają ponad 4 kilogramy żywności, a w czasie świąt nawet i dwa razy więcej. Jadłospis ułatwi przygotowanie listy zakupów. A z kartą w ręku pójdą one  gładko. Nie będzie trzeba nerwowo biegać po targowych alejkach, czy stać niepotrzebnie w zbyt długich kolejkach w sklepie. Brak listy zakupów to najczęstszy powód nadmiernego kupowania rzeczy, których wcale nie potrzebujemy i nie mamy pomysłu na ich wykorzystanie. Podział zadań Zaangażujcie bliskich do pomocy. Każdy ma swój talent i predyspozycje. Nie musicie sami wykonywać  każdego świątecznego elementu. Dzieci mogą udekorować dom, udzielić wsparcia przy lepieniu pierogów. Może siostra logistycznie radzi sobie świetnie i chętnie weźmie na siebie wizyty w sklepie? Do dekoracji ciast wykorzystajcie mamę, która ma sporo cierpliwości. Tata spokojnie może odkurzyć mieszkanie i umyć wszystkie podłogi. Delegujcie zadania i nie róbcie sobie z tego powodu wyrzutów. To święta wszystkich, nie zawłaszczajcie ich, choć macie taką pokusę. To najlepszy prezent, jaki możecie podarować całej rodzinie. W niedzielę zajmijcie się pieczeniem ciast i pakowaniem prezentów. To właściwa chwila na marynowanie mięsa przed pieczeniem i przygotowanie ryb. Dobrze jest po południu wymieszać kutię, ugotować kapustę lub bigos, by dania zdążyły się połączyć i przesiąknąć intensywnie swoimi aromatami. Na poniedziałek zostawicie już tylko zakup drobiazgów – pieczywa i szybko psujących się warzyw i owoców. Nie musicie ich dźwigać zbyt dużo, sklepy będą nieczynne tylko dwa dni! Magia świąt  Zróbcie coś razem. Rodzinnie, w gronie znajomych i przyjaciół. Napijcie się kompotu z suszu przy rozbłyskającej choince, wybierzcie się na wspólny zimowy spacer albo bądźcie razem w kuchni. Nie zwracajcie uwagi na sypiącą się mąkę, czekoladę, która nie chce zastygnąć na pierniku. Zaaplikujcie sobie kroplę cierpliwości i nabierzcie dystansu. Włączcie ulubioną płytę albo świąteczną komedię pełną ckliwego romantyzmu. Nie patrzcie na święta przez symbol 12 potraw, a relacje i uczucia, jakie im towarzyszą. Zastanówcie się, jakie obrazki za kilka lat będą utkwione w zakamarkach pamięci – nieidealnego barszczu czy śmiechu, jaki rozbrzmiewał w cieple świątecznych wspólnych przygotowań? Wygoda i komfort Korzystajcie z ułatwień, jakie oferują Wasze kuchenne sprzęty. Ja mam płytę indukcyjną Amica z systemem ChildLock, co sprawia, że nie stresuję się, gdy w jej pobliżu są dzieci. Dzięki blokadzie maluchy nie włączą same żadnej z funkcji, choć wiadomo, że miewają takie pokusy. Szybciej też podgrzewam świąteczny barszcz i grzybową, bo płyta ma funkcję Booster, więc ciepłem wspiera je mocniej. Wbudowany w nią Timer pozwala ustawić konkretny czas gotowania, a gdy on minie, płyta dźwiękiem da znać o tym. W ten sposób pierogi się nie rozgotują, a sos nie ma prawa przypalić. Aromat świąt Święta mają swój kuszący zapach. Świeżej choinki, piernika, suszonych pomarańczy z goździkami. Zafundujcie sobie ten kojący aromat w dekoracjach na stole. Plastry pomarańczy wystarczy położyć na dobę na kaloryferze, a potem rozwiesić na choince. Podobnie można zrobić z jabłkami i gruszkami. To nie tylko naturalne zdobienie domu, ale i sposób na ukojenie przedświątecznych emocji. Udowodniono naukowo, że takie zapachy relaksują. Pomyślcie o kąpieli z plastrami pomarańczy. Nastroi odpowiednio i sprawi niespodziewaną przyjemność. Święta nie do zmarnowania Zostaw to na święta, a potem jedz, bo się zmarnuje. Jeśli te sentencje brzmią znajomo, nie jesteście sami. Taką mamy narodową przypadłość. Żeby jednak się nie zmarnowało, warto jeszcze przed świętami o tym pomyśleć. Przygotować miejsce w zamrażarce i pojemniki, w które włożyć będzie można niewykorzystane jedzenie. Do mrożenia nadają się pierogi – nawet te ugotowane, uszka, ryby, mięso, większość warzyw.  Można śmiało zamrozić buraki z zakwasu na barszcz, czy samej zupy. One także świetnie odnajdą się w sałatce. Kroimy je drobno i mieszamy z orzechami. Do tego posiekana natka pietruszki, oliwa lub jogurt i mamy ciekawą przystawkę. Nie mrozimy ugotowanych jajek, cytrusów, sosów z majonezem, ciast z kremem śmietankowym o budyniowym, pomidorów, ogórków czy sałaty. One tracą swoją jędrność i przestają być apetyczne. Pieczenie z mięsa można zmienić w pasztet, upieczone ryby zamarynować w occie, a ze zwiędniętej sałaty ugotować lekką cytrusową zupę, która przyda się po świątecznej obfitości. Pieczywo idealnie znosi chłód zamrażarki, wygodnie jest pokroić je w kromki, każdą przełożyć kawałkiem pergaminu i w takiej postaci umieścić w pudełku. Chleb i bułki rozmrażamy w temperaturze pokojowej, dzięki temu nie tracą swojej chrupkości. Z czerstwego pieczywa, które nam już nie smakuje da się zrobić krakersy. Wystarczy je cienko pokroić, obsypać przyprawami i ususzyć  w piekarniku lub na kaloryferze. Pozostałym jedzeniem możecie też się podzielić. Jadłodajnie po świętach czekają na to, czego nie udało się innym zjeść. Wystarczy tylko zorientować się, gdzie w Waszym sąsiedztwie są lodówki, w których można zostawić świąteczne dania, włożyć je do pudełka i zawieź na miejsce lub poprosić o wsparcie wolontariusza. Niech ten przedświąteczny rozgardiasz Was nie zmęczy. Nie dajcie się porwać szaleństwu. Wszystko powinno toczyć się w Waszym domowym, najpyszniejszym rytmie. Takiego prezentu Wam życzę.  Pięknych i pełnych miłości świąt! Wpis powstał przy wsparciu marki AMICA. Możecie wygrać piekarnik lub blendery tej marki w konkursie świątecznym. Wystarczy tylko, że podzielicie się swoją historią z bożonarodzeniowych przygotowań. Po szczegóły zajrzyjcie tutaj. Powodzenia!

Gdybym miała zrezygnować z jakiegoś wigilijnego smakołyku, na pewno nie byłby to kompot z suszu. Przepadam za jego charakterystycznym smakiem, ciemną barwą i dominującą nutą wędzonej śliwki. Obiecuję sobie czasami, że będę gotować kompot częściej, tak, jak to robią w sąsiedniej Ukrainie. Juha tam latem gasi pragnienie, zimą rozgrzewa. Autorami oryginalnego przepisu są Łemkowie, napój jest ceniony na całym wschodzie. Moja babcia oprócz kompotu gotowała też na Wigilię zupę z suszu. Zagęszczała ją budyniem i słodką śmietaną. Przez lata odtwarzałam ten pomysł, jest wyborny. Zupę pod koniec świąt miesza się z kutią i to już jest smakowe szczęście absolutne. Ten, kto nie jest gotowy na taką intesywność wrażeń, niech zostanie przy kompocie. Warto go zrobić, bo choć jest słodki, jak diabli, to bardzo pomaga żołądkowi poradzić sobie ze świątecznym przesytem.

Dziś wychodzę z kuchni i zabieram Was do pokoju dziecięcego. To zaproszenie dla tych wszysystkich, którzy mają dzieci - niekoniecznie swoje i chcą podarować im jakiś drobizag pod choinkę. Moje matczyne doświadczenie podpowiada mi, że zawsze trafionym prezentem są książki!One kreują niesamowicie wyobraźnię, przenoszą do magicznego świata i fundują zupełnie gratisowo szansę na przeżycie świetnej przygody. Moje dzieci czekają na wieczorny rytuał czytania, same wybierają historię, jaką dane dnia chcą usłyszeć. Emocjonują się opowiadanymi w książce wydarzeniami, sporo też przy okazji uczą. Staram się podrzucać im takie książki, które będą miały morał w zanadrzu. Łączę przyjemne z pożytecznym, ku zadowoleniu wszystkich. W tę Wigilię Gwiazdor przyniesie moim maluchom kilka nowości od Wydawnictwa Wilga. Każda z książek jest inna, więc już sama nie mogę się doczekać wieczornego spotkania z nimi. Piotruś Pan i Wendy Czarująca opowieść o wiecznym chłopcu, który nie chce dorastać. Napisana wdzięcznie, jestem pewna, że dzieci zasłuchają się w niej bezszelestnie. Historia pięknej przyjaźni opierającej się rozmaitym życiowym przeciwnościom. Magia i szczerość, dobro w starciu ze złem, radość zagłuszana łzami. Piotruś Pan gwarantuje cały kalejdoskop wrażeń, który spodoba się nawet tym, co przestali już dawno wierzyć w bajki Jacek i Agatka To wybór podyktowany sentymentem. Pamiętam bowiem te dwie kukiełki, które ubarwiały czarno-biały ekran telewizora mojego dzieciństwa. Wpatrywałam się w dobranockę i zawsze załowałam, że kończy tak szybko. Na szczęście para przekomarza się dalej, w papierowym wydaniu. Wierszyki i opowiastki są ponadczasowe, Wanda Chotomska wyłapuje niuasne w relacjach tej uroczej Agatki i kapitalnego Jacka. Książka z sukcesem opiera się upływowi czasu, wciąż jest niemal tak samo aktualna, jak 40 lat temu:) Mam nadzieję, ze moje dzieci zachowają ją dla swoich pociech:)   Elementarz dobrych manier Elementarz przydałby się też niektórym dorosłym:) Możecie położyć go niesfornym chłopakom i dziewczynom pod choinką. Aluzja powinna zostać zrozumiana w mig. Rady są bowiem takie, że trzeba przepuszczać panie w drzwiach. nie zabierać nie swoich rzeczy, nie mówić z pełnymi ustami, zjadać, co nam podadzą. Wszystko ładnie opisane też sugestywnymi obrazkami, więc nawet maluch pojmie zasady. Serce na sznurku Opowieści o perypetiach zwierząt zawsze wzruszają. W tej historii mała foczka traci mamę i choć bywa smutno, bywa też wrażliwie i pocieszająco. Jesteśmy świadkami rodzącej się pięknej, szczerej przyjaźni. To może być pretekst do rozmowy o tym, co w życiu naprawdę ma znaczenie. Książka jest wznowieniem, dostała nową okładkę i mniejszy rozmiar. Może ktoś z Was czytał ją w swoim dzieciństwie i ma ochotę wrócić do wspomnień? Listy od...Święta przez cały rok Lubię książki z morałem. Te dla dzieci szczególnie. Listy przekonają je, że świętować można każdego dnia. I że liczą się niepozrnie błahe uczynki, które mogą zmienić czyjeś życie. Nie znajdziecie w tej książce uroczego brodacza, którego sapiące renifery ciągną po świecie jednej nocy. Tu świętość ukryta jest pod podartymi dżinsami i wsiada do małego fiata. Bohater, pewnien młodzieniec szuka swojego taty, a każdy może w tej historii znaleźć uniwersalne przesłanie dla siebie. Książka została stworzona specjalnie dla akcji Empiku: To co najważniejsze, znajdziesz w środku. Cały zysk z jej sprzedaży firma przekaże fundacji Zaczytani.org. Pieniądze ułatwią tworzenie Bibliotek Małego Pacjenta. Zacztytanych Świąt Wam życzę. Niech jak najwięcej pysznych książek pojawi się pod Waszymi choinkami:)     

Szczypta prawdziwej miłości, garść rozgrzewających emocji, porcja świątecznej słodyczy i blasku. To przepis na jeden z najbardziej urokliwych symboli Bożego Narodzenia. Pierniczki, które stylowo obtoczone lukrem mogą zdobić choinkę, być niezobowiązującym prezentem i sprawiać nęcącą niespodziankę. Dopełniają magii świąt, krusząc się i chrupiąc uwodząco zarazem. Co roku zapraszam moje maluchy i ich przyjaciół do wspólnego pieczenia. Sypie się mąka, moździerz cierpliwie znosi ucieranie kolejnej porcji korzennej przyprawy, dzieci ukradkiem oblizują łyżki z cytrusowym lukrem. Na płycie ostrożnie roztapiamy czekoladę, która z gracją lśni potem na mięciutkich ciastkach. Nie obawiam się, że dzieci zrobią sobie krzywdę, bo używam płyty indukcyjnej Amica, która ma  system ChildLock. To blokada panelu sterowania. Gdy ją uruchamiam eliminuję poczucie zagrożenia, o które w przedświątecznym roztargnieniu łatwo. Płyta nie uruchomi się bez mojego wsparcia, żaden maluch nie włączy jej niepostrzeżenie. To rozwiązanie, które sprawia, że zaproszenie dzieci do kuchni nie wiąże się z nieprzyjemnymi niespodziankami. Dzieci uwielbiają pomagać, pozwalam im decydować o ilości przypraw i miodu, jakie trafiają do ciasta. Ja lubię smak wyrazistego gryczanego, który też pięknie barwi pierniki, maluchom odpowiada lekkość lipowego. Miód wprawdzie traci swoje zdrowotne właściwości w trakcie pieczenia, ale zastępowanie go zwykłym cukrem sprawi, że zabraknie odrobiny autentyczności w tych świątecznych wypiekach. Pamiętajcie, że do wypieków miód powinien być rozpuszczony i niezbyt gorący. Podobnie zresztą masło. Płyta ma świetną funkcję Booster, która zwiększa moc grzania i gdy ją uruchamiam znacznie szybciej składniki potrzebne do pierników stają się pożądanie płynne. Nie irytuję się, że któryś z nich może się przypalić, płyta pracuje z przytupem i błyskawicznie pozwala osiągnąć zadowalający efekt. Dzięki fukcji PowerBooster zagotowuje wodę w niespełna 4 minuty i wrzucam do niej wyczyszczone pomarańcze, które wymagają przed starciem skórki, wyparzenia. Nie tracę cennego czasu, którego przed świętami miewam deficyt. Najważniesze jest dobre ciasto i pilnowanie, by pierniczki się nie zarumieniły zbytnio. A o prawdę przecież chodzi niezmiennie. Choć ta dotycząca pierników jest trudna do odkrycia. Wiadomo, że ciastek nie wymyślono w Toruniu, które nieco zuchwale uznawane są za symbol miasta. Już w starożytnych notatkach sporządzanych w kuchni pojawia się przepis na miodownik z pieprzem, który przypomina pierwowzór piernika. Sława ciasta przetrwała i rozgościła się w domach na dobre w średniowieczu dzięki zakonnikom, którzy piekli je wytrwale. Do Polski piernik dotarł w XIV wieku i był uznawany nawet za lekarstwo. Receptury pilnie strzeżono, a ciastka okazały się tak cenne, że nawet wykupowano nimi długi. Pierniki podarowywano w prezencie, jeden z wyrzeźbionymi na nim symbolami Torunia dostała caryca Katarzyna. Piernik miał nie tylko słodki wydźwięk, doprawiony porządnie pieprzem serwowano w karczmach jako przekąskę do piwa. Nieco twarde ciastko, w którym mieszały się mocne korzenne nuty pysznie zaspokajało apetyt gości. Ci, którzy potrafili piec pierniki, zarabiali krocie, bo cukiernie czeladników radzących sobie z tym ciastem wynagradzały sowicie. Adepci tej sztuki już na starcie swojej kariery mogli liczyć na co najmniej trzy razy wyższą pensję niż inni cukiernicy. Fachu uczyli się przez co najmniej dwa lata, a umiejętności potwierdzone świadectwem dawały gwarancję stałego zameldowania w Toruniu. Chętnych nie brakowało! Dziś na szczęście mamy łatwiej, do upieczenia własnych pierników nie trzeba żadnych specjalnych umiejętności. Dobre ciastka wyjdą każdemu, kto podaruje im nieco serca i cierpliwości. Ode mnie dostaniecie przepisy do wykorzystania w przedświątecznym rozgardiaszu. Poświęćcie im chwilę, bo święta to nie tylko smak, ale i okoliczności, które je projektują. Wspólne rodzinne pieczenie, umorusanie lukrem i czekoladą ma swoje kuszące uroki. Dajcie się ponieść tej magii, niech w domu roznosi się rozczulający aromat piernika. I koniecznie ukręćcie swoją przyprawę korzenną. Mi zrobienie jej ułatwia funkcja Timer, którą posiada płyta Amica. Muszę jedynie ustawić czas prażenia składników i optymalną dla nich temperaturę, a potem zaparzyć sobie gorącą kawę, do której też dorzucę szczyptę piernikowej nuty. Gdy czas minie, płyta sama się wyłączy i jeszcze mnie o tym poinformuje dźwiękiem. Takie cuda i to wcale nie tylko świąteczne.

Wpadają mi w ucho pierwsze dźwięki świątecznych przebojów. Widziałam już romantyczną komedię obudowaną bożonarodzeniową scenografią. Nastawiłam ciasto na długo dojrzewający piernik staropolski. Kompletuję powoli przepisy na dania, którymi chciałabym ugościć bliskich. Co roku dobarwiam menu, klasyki serwuję w towarzystwie totalnych premier. Lubię zaskakiwać, sprawiać frajdę. Prośby o przepis są najlepszą recenzją moich kulinarnych poczynań. Grudniowo moje myśli krążą wokół świątecznego obiadu. Jakiś czas temu czerwony barszcz  i zupa z suszu wyeliminowały grzybową z naszego wigilijnego jadłospisu. Ale za to nadrabiamy w czasie świątecznego obiadu, bo na stole obowiązkowo pojawia się sos grzybowy. Rzadko sam, dobieram mu do pary soczyste mięso, które otacza z właściwą atencją. Duet pachnie zmysłowo i kusi niemożebnie, bo grzybowy aromat jest nie do podrobienia.   Do tego swatania staram się trzymać w bawełnianym woreczku garść suszonych grzybów, ale gdy zapasy są na wyczerpaniu, szukam wsparcia. Wymagania mam spore, bo świąteczny dom musi pachnieć porządnie tym leśnym smakiem nie do podrobienia. Butelka koncentratu Krakus zdaje egzamin i spełnia oczekiwania. Sos jest gęsty, treściwy i wypełniony intensywnością. Koncentrat powstaje z suszonych grzybów i nie ma niepotrzebnych dodatków. Zresztą już otwarcie butelki przynosi tego dowód, bo grzyby dominują i potęgują aptetyt.   Mieszam więc koncentrat grzybowy ze śmietaną i podlewam opieczone sznycle. Na finał sypię wszystko tymiankiem i nieoczywistymi chrupkami z kaszy gryczanej. Wychodzi mi z tych eksperymentów sprytna zapowiedź świątecznego obiadu. Korzystajcie z niej śmiało w Waszym przedświątecznym rozgardiaszu.  

Dynia jest afrodyzjakiem. Taki news popłynął dziś do mnie z ekranu telewizora. Wypowiadała się pani astrolog sugerująca, by dynię ochoczo jeść, gdy na niebie jest znak Skorpiona. Sprawdziłam, mamy czas do 23 listopada. Pestki  wpływają na potencję, a pomarańczowy kolor dyni symbolizuje zamkniętą w niej energię słońca i poprawia humor. Specjalistka, której słuchałam w telewizji śniadaniowej argumentowała przekonująco, że czakra odpowiadająca za naszą kreatywność, energię i radość życia ma barwę, taką, jak dynia, a potem powiązała te wszystkie elementy na tyle zgrabnie, że w sumie uwierzyłam, iż to dynia jest gwarantem mojego szczęścia i sukcesów. Ostatnio, jeszcze nie uzbrojona w tę cenną wiedzę, też Was  namawiałam do dyniowej rozpusty. Kto skorzystał, jest wygrany! Ten, co się ociąga, niech nadrabia zaległości, skarg na nieudane koleje losu potem nie przyjmuję. Pani astrolog pewnie także nie. A tak poważnie, to bez względu na to, czy wierzycie w przyjazne konstelacje gwiazd i ich związek z warzywami, czerpcie z dyniowej obfitości. Nie tylko wydłubując w niej wzory, które będą przepuszczały romantyczny blask halloweenowej świeczki. Wykorzystywanie dyni w postaci lampionów oburza Brytyjczyków, którzy policzyli, że tylko w czasie tegorocznego święta zmarnują tyle dyni, z ilu udało by się upiec ciasto dla mieszkańców całego kraju. Nikt sobie tam bowiem nie zadaje trudu, by wydrążoną dynię smacznie przerabiać. Ląduje porzucona w śmietniku razem z innymi niechcianymi resztkami. A potencjał jest spory, bo co roku hoduje się w Wielkiej Brytanii 10 milionów dyń, z których 95 procent nie trafia na stół, tylko zostaje stylową ozdobą. Na Wyspach trwa nawet kampania #pumpkinrescue, która namawia do wykorzystania wycinanego miąższu dyń i jej pestek. Ja mam swoją misję i proponuję, by nawet skórkom dać szansę. Są odmiany, jak najpopularniejsza hokkaido, której obierki też nadają się do zjedzenia. A jak smakują! Orzechowo, wyraziście i intrygująco. Najlepiej przekonajcie się sami. Mnie do takich eksperymentów mobilizuje załoga Water&Wine, która niczego nie marnuje i potrafi dostrzec moc dobrego produktu.

Z dynią kumpluję się sezonowo. To taka znajomość, która nabiera rumieńców jesienią i trwa do pierwszych wiosennych nieśmiałych słonecznych promieni. Dynia jest wierna, cierpliwa, niezwodna i odporna. Na moje romanse także. Gdy skruszona w październiku wracam do niej i zapraszam do kuchni, wchodzi z przytupem. Zna swoją wartość i moc. Ja cenię ją za brak kaprysu, chęć dopasowania i cały pakiet witamin. Dynia oczyszcza organizm z toksyn i jest lekkostrawna. Do tego szaleje ilościowo, bo jej rodzina liczy 760 gatunków, ale najłatwiej trafić na kilka z nich zaledwie. Dynia zwyczajna – okrągła, pomarańczowa, wymaga wzmocnienia przyprawami, bo sama smakowo jest mało wyrazista Hokkaido, ma twardą, ale jadalną skórkę i orzechowy miąższ. Idealna do pieczenia i gotowania. Calabaza pojawia się zimą, jest wielka i słodka. Ma jasne wnętrze Piżmowa przypomina gruszkę, jest słodka i najlepiej wykorzystywać ją do deserów Sweet Dumping  drobna, blada, można ją faszerować Makaronowa – do rozpoznania dzięki podłużnemu kształtowi i nitkom, które można łączyć surowe w sałatach. Muszkatołowa trudna do obrania, ale w środku nagradza pomarańczową intensywnością. Genialnie smakuje w surowej postaci, ale i przyda się do zrobienia puree. Dynia jest dość łatwa w uprawie. Nie wymaga specjalnej troski. Podpatruję, jak rośnie pięknie kilka jej odmian w jednym z moich ulubionych ogrodów w Drzewcach. Siłą konceptu restauracji Water&Wine jest natura. Większość warzyw i owoców, które trafiają na talerze gości pochodzi z hodowli rozpościerającej się tuż za oknami kuchni. Nasiona w Drzewcach do ziemi trafiły w czerwcu i bez sztucznych nawozów zmieniły się w atrakcyjne okazy, które możecie zobaczyć na zdjęciach niżej. Teraz czekam na intrygujące dyniowe pomysły, które ekipa Water&Wine zaserwuje gościom na kolacji. Zaglądajcie na ich profil na FB, to też sie dowiecie:) Namawiam też do korzystania z dyniowej dobroci! Dogadujcie się z nią intensywnie. Jeśli potrzebujecie rozgrzania ukręćcie w dużym garnku gulasz. Dorzuciłam do niego czerwonej fasoli, ale i białą i ciecierzycą będzie mu dobrze. Najlepiej napiszcie własną dyniową historię, a mój przepis potraktujcie, jak inspirację.

Próbowałam doliczyć się wszelkich odmian pomidorów. Kiepsko mi szło, bo pogubiłam się wśród tych tygrysich, paprykowych, koktajlowych, truskawkowych, śliwkowych, podłużnych, żółtych, zielonych, brązowych, malinowych, spotkałam nawet koralikowe, w kształcie bawolich serc i te zwane gargamelami. Wiem, jednak, że wrzucanie ich wszystkich do jednego koszyka to barbarzyństwo. Każdy z nich ma swoje słabości i potrzebuje właściwego traktowania. Co pomidor to inne wyzwanie. Te najmniejsze zjawiskowo się zgrillują na kromce chleba skropionego wcześniej oliwą i wymarowaną świeżym czosnkiem. Nie wymagają nawet, by odrywać je z gałązek. To część, która nadaje się do zjedzenia!Jeśli jeszcze nie próbowaliście, warto nadrobić zaległości. Niech dobre rzeczy się nie marnują:) Z drobnych pomidorów powstaną też słodkie konfitury. Doprawione cukrem pudrem, który nada im karmelowej szlachetności zimą nostalgicznie przywołają wakacyjne wspomnienia. Z tych podłużnych, śliwkowych czy rzymskich najlepiej zrobić ketchup, przecier lub sos. Są dość wodniste i mięsite zarazem. W sam raz do zamknięcia w słoiku. Podobne nieco do nich, choć znacznie dłuższe są pomidory paprykowe. Więcej w nich soczystości i słodyczy. Nie mają zbyt wielu nasion, rozkosznie oblebią sos do makaronu. Większe od nich bawole serca można pokroić w plastry, skropić oliwą, oprószyć pieprzem i solą, przełożyć kawałkami koziego sera i zajadać się w surowym wariancie. Dobrze sprawią się też zagotowane w zupie. Tej delikatnej, na pieczonym czosnku i czestwym chlebie. Do posmakowania nawet u progu jesieni. Gargamele imponują wagą - jeden może mieć nawet i ponad pół kilograma. Pachną nieziemsko, nie mają w sobie zbyt dużo wody, a pokrojne w ćwiartki i wymieszane ze śmietną oraz cebulą są kwintesencją lata. Dają się też faszerować - to dobra wnętrze do wykorzystywania resztek. Nasypcie do środka nieco ugotowanego wcześniej ryżu, kaszy, świeżych lub suszonych ziół i powstaje kolacja. Do słoików, gdy mają stylowo być układane w całości, najlepiej wybrać pomidory San Marzano. Owalne, długie, bez pestek nie tracą swojej szlachetnej prezencji pod wpływem temperatury. Trzeba je jednak obrać, mają dość twardą skórkę. Do barwnego ususzenia przydadzą się pomidory tygrysie. Są żółte i czerwone, ocieplone naturalnym słońcem pięknie wkomponują się w tarty, sałatki czy makaron. Można je potem też zalać oliwą z bazylią czy czosnkiem i czekać aż oddadzą swój silny aromat. Na kolana potrafią mnie rzucić kiszone pomidory! To preludium do poważniejszej konsupcji lub niezobowiązująca przekąska. Cały wschód się nimi objada, niech przenikną smacznie do naszej kuchni. Zielone pomidory spektakularnie zasłyneły w amerykańskiej powieści, a potem filmie na jej podstawie, gdzie je smażono. Surowe też dają radę i choć nie są dojrzałe, to wcale nie szkodzą. Te w cieńkich plastrach lubię z octem balsamicznym, świeżą miętą, grzanką i mozzarellą. W tym zestawieniu dominuje siła prostoty, która smakuje wyśmienicie. Najlepiej korzystać z pomidorów ze sprawdzonego źródła. Te posiane we własnym ogródku, szklarni  czy na polu są bezapelacyjnie najlepsze. W czasie inspirujących spotkań w Water&Wine w Drzewcach dostrzegam niuanse. Ekipa rządząca w kuchni ma swoje uprawy, pomidory na talerz trafiają niemal prosto z krzaka. Szefowie kuchni wiedzą, kiedy są najlepsze, obserwują cały proces ich dojrzewania, eksperymentują z odmianami. W tym smaku nie ma niepotrzebnej chemii, wystarczająco dobrze troszczy się o nie natura i cierpliwość ogrodników. Ta została nagrodzona i koncept Water&Wine trafił do prestiżowego  przewodnika Gault&Millau. W Drzewcach kucharze szukają pomysłu na wykorzystanie każdej części warzyw czy owoców. Sporo produktów - dość nie oczywistych, jak kurki, przerabia się tam na nalewki, mnóstwo marynuje i kisi. Czerpię z patentów Water&Wine i znajduję patent na pozostałe po robieniu letniej zupy  sórki pomidorów. Też mają swój charakterystyczny aromat i smak , do tego garść witamin, więc uznaję, ze nie należy się z nimi rozstawać bezsensownie. Po obraniu pomidora skórkę wystarczy ususzyć - naturalnie na słońcu lub wspierając się temperaturą piekarnika. Potem można przechowywać w słoiku - saute lub z dodtakiem suszonej bazylii, czosnku czy oregano. To intensywna przyprawa, którą dodaję do sosu, kolorują nią kruche ciasto tarty i posypuję sałatę. Słoiczek z pudrem wręczam znajomym w ramach prezentu, co zawsze zaskakuje.