Jeśli ktoś myśli, że kuchnia francuska jest skomplikowana, niech zaprzyjaźni się z Davidem. Pracownik korporacji prawie dekadę temu rzucił przewidywalne życie w open space i zaczął gotować. Efektami pasji dzieli się na warsztatach, w telewizji i  najnowszej książce. Coś francuskiego to pełna koloru opowieść o miłości do jedzenia. Są w niej dziecięce wspomnienia, smaki poznawane w podróżach i przepisy zaostrzające apetyt. David Gaboriaud kuchnię francuską przedstawia w nonszalanckim stylu. Gotuje barwnie, czerpiąc z klasyki, ale nie ma w tym przesadnej wytworności. Jest za to sporo uwodzicielskiego uśmiechu i przekonania, że jedzenie jest ważne bez względu na miejsce i czas, który na nie mamy. Przepisy są odzwierciedleniem charakteru autora. Wyjęte zostały ze konwencjonalnego porządku. Początek jest smakach dzieciństwa, które otwiera deska serów. Siedem francuskich klasyków podanych z  dobrym chlebem, winem i konfiturami. To propozycja do ułożenia w kwadrans i serwowania według potrzeb. Może być daniem głównym albo pojawić się na stole tuż po nim. Autor jedynie sugeruje i zachęca do eksperymentów. Mnie przekonał do cienkiej tarty z jabłkami, takiej pieczonej na gotowym cieście francuskim. Na zdjęciu do jej upieczenia zachęcają złocące się od karmelizowanego cukru owoce i pewność, że w tej prostocie jest wszystko, czego czasem trzeba na leniwe popołudnie. W rubryce z dzieciństwa są też między innymi biszkopty, magdalenki czy tartaletki z truskawkami. Do deserów zresztą David wraca też w finale oferując cały rozdział im poświęcony. Tam pojawia się dużo czekolady, są naleśniki i ciasto z niespodzianką. Kucharz podróżuje w tej książce, jak w życiu. Opowiada więc o swoich smakach świata namawiając do smażenia frytek z polenty i zdradza, że marzy o mieszkaniu w Prowansji, którą podziwia za szacunek do kuchni. W swojej serwuje tapenadę z oliwek, grillowane śledzie i aioli z warzywami. Ja dałam się skusić na prowansalskie naleśniki z cieciorki obsypane tymiankiem. Potem są jeszcze pomysły na ryby i owoce morza, a po nich kolacyjny francuski układ, czyli przystawki, dania główne i wspomniane desery. W tym pierwszym zachwyca mnie szpik kostny,  o którym David pisze, że jest masłem bogów. W Polsce trudno go dostać, dawno temu wypadł z obiegu i trzeba mieć sztamę z zaufanym rzeźnikiem, żeby zorganizował pożądaną porcję. We Francji szpikiem karmią już małe dzieci, bo sporo w nim witamin, żelaza i kwasów omega 3. David go piecze klasycznie w piekarniku, doprawia płatkami soli, natką pietruszki i sokiem z cytryny. Coś francuskiego jest z miłością, z pasją i ze smakiem. To książka nie tylko do gotowania, ale i poczytania. Dzięki niej pojawia się pokusa podróży do Francji. Książkę możecie ją kupić w dobrej cenie w internetowej księgarni BookMaster, do czego zachęcam. Coś francuskiego David Gaboriaud Wydawnictwo Pascal, 2017 

Pierwszy przepis w Nowym Roku niech będzie zapowiedzią pyszności, jakie pojawią się na blogu w ciągu najbliższych miesięcy. Dobrych inspiracji życzę sobie i Wam w tym 2018. Kulinarne prognozy mówią o tym, że rozkochamy się w kuchniach Syrii, Libanu czy Iranu, dania posypywać mamy kwiatami, a kawę pić z bąbelkami. Ja ze swoją  francuską tartą z cebulą i cukinią jakoś nie wpisuję się w światowe trendy, ale też rozgrzeszam siebie pewnością, że przecież klasyka nigdy nie wychodzi z mody. Stawiam więc kruche ciasto porządnie wypełnione nadzieniem i zachęcam do brania ze mnie przykładu. To bardzo dobre połączenie.

Do zrobienia domowej masy makowej niech przekona Was skład zamieszczony na puszce tej, którą możecie kupić w sklepie. Dużo cukru, rodzynki, czasem trafią się kawałki orzechów, migdałów nie ma prawie wcale. Jest za to sporo konserwantów, wody i niepotrzebnych dodatków. Do masy ukręconej we własnej kuchni wsypujecie bakalie, które lubicie najbardziej, słodzicie prawdziwym miodem i zyskujecie pewność, że z takim dodatkiem będziecie mieć najpyszniejszy makowiec albo kutię. Moja masa makowa pachnie pomarańczą i wanilią. Daję jej obficie rozmaitych orzechów, migdały, żurawinę, daktyle i morele. Musi być bogato i słodko. Zrobienie jej nie zabiera sporo czasu, więc spokojnie zdążycie przed Wigilią! Tylko koniecznie zalejcie mak wrzątkiem, niech się porządnie sparzy.

To ciasto pomarańczowe wpisuje się w świąteczny klimat. Łaskocze zmysły i nurtuje zapachem. Stwarza dylematy, czy jeść od razu, niecierpliwie, czy ćwiczyć charakter i czekać aż ostygnie. Nie brakuje mu puszystości i słodyczy. Nie sposób go zlekceważyć. Ani przejść obok obojętnie. Ciasto pomarańczowe niech trafi na bożonarodzeniowy stół. Sceptyków uspokajam - upiecze się na pewno, należy do tych, co w zasadzie robią się same. Można proponowane proporcje podzielić i umieścić w foremkach na muffiny, a potem zapakować uroczyście i podarować bliskim zamiast czekoladowego Mikołaja.

Dzika Fermentacja Żywe Kultury Bakterii Smak Wartości Odżywcze I Rzemiosło - Sandor Ellix Katz

"Dzika Fermentacja Żywe Kultury Bakterii Smak Wartości Odżywcze I Rzemiosło" Sandor Ellix Katz to kompendium wiedzy na temat dzikiej fermentacji. Sam autor twierdzi, że fermentacja to po części dieta, po części sztuka, a także sposób konserwacji żywności. Dzięki fermentacji mamy smaki, które lubimy jak np. kawa, czekolada, wino. Okazuje się, że najstarszym fermentowanym napojem jest miód pitny, a Ludwik Pasteur skupiając się na procesie fermentacji buraków dowiódł, że fermentacja to proces biologiczny. Pierwszy raz podgrzał sok z buraków, aby wyeliminować bakterie, czyli nastąpił proces, który dziś nazywamy pasteryzacją. Ciekawostek jest wiele, bowiem książka oparta jest na wielu źródłach. http://bookmaster.com.pl/szukaj-Sandor+Ellix+Katz Książka skupia się przede wszystkim na procesach, nie na przepisach, które również są tu obecne. Autor przedstawia techniki fermentacji warzyw, napojów lekko fermentowanych, fermentację nabiału (w tym także wegańskich zamienników), fermentację ziaren zbóż i roślin strączkowych, wina, piwa, octu. Wszystko odkładnie opisane i wytłumaczone. http://bookmaster.com.pl/szukaj-Sandor+Ellix+Katz Okazuje się, że fermentować można prawie wszystko, nawet banany, aby otrzymać ocen bananowy. Ta książka zdecydowanie poszerza horyzonty o nieznane dotąd świat smaków i korzyści zdrowotnych. Po tej lekturze ponownie wracam do hodowli ziaren kefirowych i nastawiam zakwas na chleb. kombucza Autor pisze też o właściwościach zdrowotnych kombuczy, o hodowli grzyba herbacianego. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć tego grzyba w restauracji Malarska 25 we Wrocławiu, na bazie którego przygotowywany jest napój. Kombucza jest niezwykle orzeźwiająca, delikatnie musująca, w smaku pomiędzy młodym cydrem a ice tea. To moje odkrycie tego lata :) kombucha Dzika Fermentacja Żywe Kultury Bakterii Smak Wartości Odżywcze I Rzemiosło Autor: Sandor Ellix Katz Wydawnictwo: VIVANTE Książka „Dzika Fermentacja Żywe Kultury Bakterii Smak Wartości Odżywcze I Rzemiosło” do kupienia w dobrej cenie w internetowej księgarni BookMaster

Gotuj zdrowo dla całej rodziny - Jamie Oliver

Jamie Oliver doczekał się już u mnie osobnej półki na regale. Każdą pozycję oglądam kilkakrotnie i chętnie korzystam z jego przepisów. Książka "Gotuj zdrowo dla całej rodziny" to przewodnik, któremu można zaufać w ciemno. Jamie opracował bowiem zbilansowane dania, które nie przekraczają 600 kalorii, 6g tłuszczy nasyconych i 1,5g soli. Śniadania zaś mają maksymalnie 400 kalorii. Każdy przepis zawiera tabelę wartości odżywczych dla osób dbających o linię, różnorodne składniki by zachować bilans w każdym daniu i mnóstwo smaków. Gotuj zdrowo dla całej rodziny - Jamie Oliver Jamie jako przewodnik pokazuje, jak nauczyć dzieci dobrych nawyków, jakich produktów unikać, a jakie chętnie podsuwać jako przekąski. Inspiracji w książce jest tak wiele, że możemy zapewnić pyszne i zdrowe posiłki dla wszystkich i uniknąć monotonii. Gotuj zdrowo dla całej rodziny - Jamie Oliver Ponieważ jemy za mało warzyw, Jamie podsuwa mnóstwo wegetariańskich inspiracji. Wie też z jakich potraw trudno zrezygnować, dlatego zamiast namawiać do rezygnacji, zachęca do małych wariacji. Nuggetsy zamiast z głębokiego tłuszczu proponuje zrobić z piekarnika, a panierkę do nich zastępuje razowym chlebem. Chrupiące panierki do ryb i mięsa przygotowuje również z płatków owsianych. Płatki owsiane chętnie też dodaje do śniadaniowych koktajli. Jako dodatek do streetfoodowych kanapek (na razowym pieczywie) proponuje frytki z batatów piekarnika, a zamiast gotowych sosów domowy keczup bez cukru. Już od samego czytania i przeglądania robię się głodna, ale zanim cokolwiek przygotuję, najpierw szklanka wody, bowiem o nawodnieniu Jamie również pamięta i poświęca temu tematowi kilka chwil. Sugeruje też, aby jadłospis przygotowywać tylko na pół tygodnia, by w kolejnych dniach wykorzystać to, co zostało. O marnowaniu żywności nie ma więc mowy i za to cenię Jamiego najbardziej. Gotuj zdrowo dla całej rodziny - Jamie Oliver Gotuj zdrowo dla całej rodziny Autor: Jamie Oliver Wydawnictwo: Insignis Media Książka "Gotuj zdrowo dla całej rodziny” do kupienia w dobrej cenie w internetowej księgarni BookMaster

Kruche rogaliki wykonane pośpiesznie. Bez drożdży, które wymagają rośnięcia. Miękkie odpowiednio i słodkie właściwie. Takie do zrobienia, by spełnić deserowy kaprys. Jeśli je miewacie, zapamiętacie ten niewyszukany przepis. W moich jest domowa konfitura z wiśni, ale nie należy się do tego wzoru przywiązywać. Wnętrze rogalików można wypełnić kawałkami ulubionych owoców albo pokrojonymi kostkami czekolady. W każdym wydaniu będą dobre.

Trafiły do nas ostatnio dwie najnowsze książki wydawnictwa Znak. Obie zabierają w intrygującą podróż do czasów, w których jadało się zupełnie inaczej. Z klasą, troską o detale i często wymuszoną niesprzyjającymi okolicznościami zaradnością. Kuchenny kredens otworzyła Monika Śmigielska. Blogerka, która od kilku lat wyszukuje zapisane w pożółkłych gazetach przepisy, wertuje stare książki kulinarne i pełna zapału usiłuje odtworzyć zaskakujące receptury. Jest wierna tradycji, dba o stylizację stołu, lubi przedwojenną porcelanę i śniadaniowy szyk. Instruuje w sprawie jedzeniowej etykiety, przypomina rady, jakie przed ślubem dostawały kandydatki na dobre żony:) Według ich podpowiedzi kompletuje sprzęt i uczy się tworzyć jadłospis. Kuchenny kredens ma sporo uroku, zanurzyłam się przyjemnie w tych wszystkich wdzięcznych opisach ostrzegających przed kulinarną nierozsądnością : (...) nadejdzie chwila czynu,puszczania wodzy indywidualnej fantazji i żeglowania pod flagą niepoatrzonego "jakoś to będzie", bo w takim przypadku "będą" na pewno: strata czasu i strata pieniędzy, i... melancholija straconych korzyści. Czyż to nie brzmi cudownie? Notuję w głowie tę melancholije i będę nią sobie grozić w chwilach kulinarnej niemocy:) W przepisach Kuchennego kredensu też językowo jest pysznie, bo autorka ortodoksyjnie przywiązuje się do nazw i zwyczajne jajka w koszulce nazywa perdutami, tak, jak to czyniły nasze prabacie. Serwuje też  znany z Pana Tadeusza blamaż  - krem śmietankowy na własnoręcznie wyciskanym mleku migdałowym, mazgaran, czyli kawę z koniakiem albo ćwibak - ciasto bez masła i proszku do pieczenia, ze sporą ilością bakalii. Jest też obiadowa klasyka, królik, zrazy, kurczak, ale i mniej swojska, mieszczańska sztufada. To duszona na wolnym ogniu pieczeń wołowa według przepisu z 1900 roku! Dwudziestolecie od kuchni jest produktowo skromniejsze. To bowiem historia przedwojennej Polski, w której wielu rzeczy po prostu brakowało. Pod odzyskaniu wolności w kraju szalała inflacja, ceny rosły. Kilogram cukru kosztował w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze 15 złotych! Tymczasem w Anglii polskim cukrem rolnicy karmili świnie, bo za granicę sprzedawno go tak tanio. U nas wykwintny obiad był marzeniem, a odpowiedzialność za ich spełnienie brały na barki głównie kobiety. Często te, które  po raz pierwszy musiały iść do pracy, a po niej dbać o dom, tak, jak robiły to mamy i babcie. Ich wciąż aktualne rady czytelnik dostaje na końcu książki w praktycznym spisie. Z niego dowiedzieć się można, jak przechowywać warzywa, czy jajka, czym odstraszać mrówki i gryzonie oraz, że fornirowane meble odzysują blask:) Dwudziestolecie od  kuchni funduje też pewnien poziom luksusu w opisach restauracyjnej rozpusty. To był czas nowych miejsc, w których wymieniano się plotkami i toczono spory. Czynne przez cały tydzień, od rana do nocy i spełniały oczekiwania najzasobniejszych klientów. Dla tych, co dawali sute napiwki kelner był w stanie nawet pobiec na targ, po jakiś produkt wymagający spełnienia kulinarnego kaprysu. Skromniejsi budżetowo korzystali z oferty kwitnącego street foodu, czyli brali na wynos obiad od straszych pań, co przycupnęły na chodniku z widerkiem wypełnionym domowymi smakołykami. W niewyszukanym menu najczęściej pojawiały się barszcz z kartoflami, flaczki, podorby, bób czy kasza. Nieco wyżej wkulinarnym rankingu były obiady domowe, przygotowywane na zamówienie przez gospodynie gotujące na codzień dla swoich rodzin. Panie, by zarobić kilka groszy  dawały ogłoszenia w gazecie, a klient mógł  każdego dnia pod właściwym adresem odbierać smaczny i niedrogi posiłek. Takich opowieści w Dudziestoleciu od kuchni jest więcej, więc jeśli macie na nie apetyt, sięgnijcie po książkę  Aleksandry Zaprutko - Janickiej. To rzetelna praca historyczki, którą chłonie się, jak dobre danie.  Zresztą najlepiej zajrzyjcie do obu tu opisywanych książek. Szczególnie w duecie dają uczciwy i pasjonujący obraz zapomnianego, niedocenianego kulinarnego życia. Kuchenny kredens. Polska kuchnia przedwojenna.  Monika Śmigielska,   Wydawnictwo Znak, 2017    Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski.  Aleksandra Zaprutko-Janicka Wydawnictwo Znak, 2017   

Kruche ciasto z jabłkami i malinami należy do tych, które znikają zaraz po upieczeniu. Je się je lekko i bez wyrzutów, bo sporo w nich owoców, które robią dobre wrażenie. Piekę je na jesienne podwieczorki i udaję, że deszcz mi w życiu nie przeszkadza. Do ciasta starłam jesienne jabłka i uzpełniłam je mrożonymi malinami. Dobre będą też połówki śliwek, konfitura z porzeczek albo mus z gruszek. Kruchy spód nie wymaga wyrafinowanych dodatków, więc dorzućcie do nich te, które najbardziej lubicie.  

Tagliatelle z prawdziwkami w sosie śmietanowym

W sezonie grzybowym bywam monotematyczna. Nie znam umiaru i chcę się najeść na zapas. Bo nic nie smakuje tak, jak świeże grzyby. Najlepiej te osobiście znalezione w lesie. W tym roku nie było to trudne, bo grzybów w lasach pod dostatkiem. taki urodzaj pozwolił mi, aby zrobić tagliatelle z samymi prawdziwkami. Smak mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, bowiem prawdziwki mają dosyć słodkawy smak. To najlepszy makaron, jaki jadłam w ostatnich miesiącach. Tagliatelle z prawdziwkami w sosie śmietanowym