Są takie miejsca, które relaksują mnie zdecydowanie bardziej niż oszałamiające aksamitem piasku plaże, miejsca, w których czas przestaje tak oburząjąco gonić. Szukam ich wszędzie tam, gdzie trafiam, czasami z przewodnikiem, częściej zupełnie przypadkiem. To lokalne targowiska, które zawsze dają mi poczucie uroczego zetnięcia się z autentycznym klimatem miast, miasteczek czy wsi, które odwiedzam. Lubię znaleźć swoje stoiska i wracać na nie, by toczyć niezobowiązujące rozmowy o lokalnych produktach. We Włoszech czerpię przyjemność z proszenia o uno ricotty nakładanej głęboką łyżką, w Hiszpanii nigdy nie mogę się zdecydować, jaki rodzaj serano smakuje mi najbardziej. We Francji daję się namówić na najostrzejszy ser.

Do tego miejsca drogę wskazał nam deszcz. W słonecznej Toskanii rozpadało się niemiłosiernie. Postanowiliśmy przeczekać nad talerzem z pizzą. Po spacerze wśród kolejnych trattorii zaczęliśmy wątpić, że w San Gimignano znają klasyczną margaritę, a  czas naglił, bo za chwilę rozpoczynała się pora sjesty i okoliczne osterie zamykały swe drzwi.

 Z Luką znamy się dobrze, można nawet powiedzieć, że się przyjaźnimy. Znajomość nawiązałyśmy poprzedniego wieczora, gdy trafiliśmy wiedzeni zabawną nazwą osterii w wąską uliczkę, pośrodku której schowane były: pracownia malarska i równie barwne wejście do knajpki.

W Montalcino  mówią, że ich wino Brunello to arcydzieło, Ferrari wśród win. W winnicach otaczających miasteczko produkuje je ponad 80 procent mieszkańców. W przyjemnych trattoriach można nie tylko wina się napić, ale i spróbować dań brunello obficie podlanych.

W Hiszpanii nie udało mi się zjeść paelli. Tak się za każdym razem kulinarne menu się układało, choć z zazdrością i niepewnością spoglądałam na patelnie  innych tuystów, nie mających takich dylematów.  Nadrobiłam na warszawskim Wawrze. W restauracji, którą Gazeta Wyborcza i Polityka uznały za najlepszą knajpę 2010 roku. Tam paella, czyli po hiszpańsku patelnia, musiała się pojawić.  

  Po otwarciu drzwi można odnieść wrażenie, że pomyliliśmy adres. Nie planowaliśmy bowiem wizyty w księgarnii, a tu  widzimy na każdej ze ścian półki, przy drewnianym nieco podniszczonym stoliku z lewej strony witryna z książkami. W zabranej pośpiesznie ulotce leżącej na wysokości naszego wzroku informacja o tym, co jest lekturą dnia. I już czujemy, że to miejsce w pierwszej chwili nie pachnie jedzeniem, a literacką historią.Tu przed laty była ulubiona kawiarnia poetów. Teraz jest punktem,gdzie, jak zachęcają właściciele - wypada czytać przy jedzeniu.  

To miejsce urzeka historią. Po raz pierwszy otwarto je w 1896 roku. Mieści się w zabytkowej piaskowej kamienicy położonej w 9 dzielnicy. Gdy powstało, karmiło głównie zmęczonych robotników, którzy najchętniej wybierali bouillon, czyli sycące warzywa z mięsem. Miało być niedrogo i zarazem smacznie. Mimo upływu lat i zmianie właścicieli, idea ciągle jest realizowana.