Z Luką znamy się dobrze, można nawet powiedzieć, że się przyjaźnimy. Znajomość nawiązałyśmy poprzedniego wieczora, gdy trafiliśmy wiedzeni zabawną nazwą osterii w wąską uliczkę, pośrodku której schowane były: pracownia malarska i równie barwne wejście do knajpki.

W Montalcino  mówią, że ich wino Brunello to arcydzieło, Ferrari wśród win. W winnicach otaczających miasteczko produkuje je ponad 80 procent mieszkańców. W przyjemnych trattoriach można nie tylko wina się napić, ale i spróbować dań brunello obficie podlanych.

W Hiszpanii nie udało mi się zjeść paelli. Tak się za każdym razem kulinarne menu się układało, choć z zazdrością i niepewnością spoglądałam na patelnie  innych tuystów, nie mających takich dylematów.  Nadrobiłam na warszawskim Wawrze. W restauracji, którą Gazeta Wyborcza i Polityka uznały za najlepszą knajpę 2010 roku. Tam paella, czyli po hiszpańsku patelnia, musiała się pojawić.  

  Po otwarciu drzwi można odnieść wrażenie, że pomyliliśmy adres. Nie planowaliśmy bowiem wizyty w księgarnii, a tu  widzimy na każdej ze ścian półki, przy drewnianym nieco podniszczonym stoliku z lewej strony witryna z książkami. W zabranej pośpiesznie ulotce leżącej na wysokości naszego wzroku informacja o tym, co jest lekturą dnia. I już czujemy, że to miejsce w pierwszej chwili nie pachnie jedzeniem, a literacką historią.Tu przed laty była ulubiona kawiarnia poetów. Teraz jest punktem,gdzie, jak zachęcają właściciele - wypada czytać przy jedzeniu.  

To miejsce urzeka historią. Po raz pierwszy otwarto je w 1896 roku. Mieści się w zabytkowej piaskowej kamienicy położonej w 9 dzielnicy. Gdy powstało, karmiło głównie zmęczonych robotników, którzy najchętniej wybierali bouillon, czyli sycące warzywa z mięsem. Miało być niedrogo i zarazem smacznie. Mimo upływu lat i zmianie właścicieli, idea ciągle jest realizowana.

 Pan w czarnym fartuchu  z podniszczonym notesem w ręku stoi na ulicy i cierpliwie zapisuje imiona. Pojawia się przed wejściem do baru, co pewnien czas. Wypatrują go wszyscy. I ci, którzy dopiero przyszli,i ci, których imiona zostały już zanotowane. Imiona w rozmaitych językach, wypowiadane z hiszpańskim akcentem brzmią zabawnie i sprawiają, że oczekiwanie ma swój urok. Nieważne jest, czy jesteśmy bogatymi Szwajcarami, skromnymi Szwedami czy łakomymi Polakami. Przed La Bombeta jesteśmy tacy sami i mamy ten sam cel. Dostać stolik, po który trzeba cierpliwie stać w kolejce przed witryną baru.

Didaskalia Pewien adwokat zaprosił swoich klientów na kolację do Kucharzy. Ponieważ miał się chwilę spóźnić, zaproponował gościom, by czekali na niego w restauracji  przy zarezerowanym stoliku. Gdy dotarł na miejsce spotkał swoich znajomych przed budynkiem. Teatralnym szeptem, pełnym oburzenia wyjaśnili mu, że zaistniała pomyłka. Bo chyba nie zamierzał zjeść posiłku w tak nieestetycznym miejscu. Zamierzał z premedytacją, bo U Kucharzy panuje specyficzny klimat.  Ale do tego już swoich towarzyszy nie zdołał przekonać. Udali się w inne, mniej zaskakujące miejsce.

Karolina wróciła z Meksyku. Ja chciałabym pojechać. Z zazdrością patrzyłam na prezentowane nam przez całe leniwe przedpołudnie radosne obrazki stamtąd. Te talerze pełne pyszności. Opowieści o smakach. Kusiło za bardzo. Poszukałam więc namiastki. W centrum Warszawy, przy Senatorskiej jest kawałek Meksyku. Trzeba tylko przekroczyć bramę - dosłownie, by dostać się do El Popo. I trafiamy do wulkanu energii. Są barwy, jest muzyka. Prowadzeni przez kelnerkę z dzieckiem na ręku, mijamy drewniane  stoły. Siadamy i wpatrujemy się w mieniącą  się rozmaitymi odcieniami porcelanę! Klimat urzeka.