Po otwarciu drzwi można odnieść wrażenie, że pomyliliśmy adres. Nie planowaliśmy bowiem wizyty w księgarnii, a tu  widzimy na każdej ze ścian półki, przy drewnianym nieco podniszczonym stoliku z lewej strony witryna z książkami. W zabranej pośpiesznie ulotce leżącej na wysokości naszego wzroku informacja o tym, co jest lekturą dnia. I już czujemy, że to miejsce w pierwszej chwili nie pachnie jedzeniem, a literacką historią.Tu przed laty była ulubiona kawiarnia poetów. Teraz jest punktem,gdzie, jak zachęcają właściciele – wypada czytać przy jedzeniu.

 

Żal z tej propozycji nie skorzystać, gdy zrobi się kilka kolejnych kroków w głąb sali. Po jednej stronie bufet, za którym rządzi szefowa kuchni, druga udekorowana jest barwną kolekcją książek klinarnych. Z całego świata, w różnych językach. Wystarczy unieść delikatnie rękę, by trafić na zaskakującą pozycję.Te największe egzemplarze z trudem mieszczą się na niewielkim stoliku. A przecież ma się tu jeszcze pojawić nasza kolacja!Gdy jesteśmy w kulinarnej podróży po Toskanii, kelner zachęca nas do lektury karty. W nim idealna propozycja, dla wszystkich niezdecydowanych i posiadajacych spore możliwości. Menu degustacyjne. To lista sześciu dań skomponowanych przez szefową kuchni. Do każdego z nich odpowiednio dobrany kieliszek wina. Idealny wybór, podkreśla kelner i za chwilę wraca z filiżanką białego musu. To jeszcze nie pierwsza pozycja z naszego menu, a starter serwowany wszystkim gościom. Wewnątrz kremowy smak szparagów. Delikatny, aksamitny, z filiżanki znika po kilku łyżeczkach, z pamięci tak szybko nie uleci. Chwilę potem na stoliku pojawia się bakłażan pieczony w maśle orzechowym. Nuta orzecha – ku rozczarowaniu nie dominuje, bakłażan lekko rumiany podany w otoczeniu ciecierzycy z kolendrą i granatem. To połączenie mi się podoba, cierpkość owoców z intensywnością ziół uzupełniają mdły groch zwany włoskim. Porcja niewielka, ale nie ma czasu na żale, bo przed nami kolejne wyzwanie. Krem porowy. Znowu nie na bulionie, a z mlekiem kokosowym. Podkreślony oliwą z trufli. Po raz drugi tego wieczora zachwycam się i proszę  szefową kuchni o przepis. Dzieli się, co jest niezwykle miłe, bez problemu. Gdy wracam do stolika na moim talerzu różowa dorada. Towarzyszy jej mus z soczewicy  i pomidorów. Kolorystyka bajkowa. Ryba soczyście maślana. Cieszę się smakiem i myślę o przerwie. To w końcu półmetek naszych zmagań.

 Kelner nie ma listości, gdy tylko odkładam sztućce, znika w kuchni po kolejne danie. Na zmianę smaku przynosi sorbet cytrynowy. Serwuje pełen uśmiechu, a nie współczucia i jeszcze pyta, czy dobrze się bawimy. Dłuższa wymarzona przerwa  następuje, gdyż w menu przyszła pora na polędwicę w postaci steka. Do tego mięsa nie czuję słabości. Nie ma znaczenia, że wysmażoną mi go zgodnie z życzeniem, nie chcę i już. Po chwili skuszam się na dodatki – czerwoną słodką cebulkę i kozi ser. Cebulę zapamiętuję i zastanawiam, jak długo była duszona. Ser jest też następnym punktem przyniesiony na desce w różnych odmianach. Twadry i słodki można maczać w miodzie i zagryzać orzechami. Prawdziwą słodycz  zaczynam  czuć na koniec. Degustację zamykają cztery desery: mus czekoladowy, crem carmel, panna cotta i pascha. Nawet dla wielbicieli tej części posiłku, taki zestaw może być ponad siły. Ja, choć się staram, nie daję rady, ale próbuję każdej porcji. Czekolada ma za dużo cukru, pascha bakalii. Wygrywa włoska gotowana śmietanka. Może przez moją słabość do wanilii?

6 talerzy jednego wieczora to wyzwanie, więc przed tym wyborem trzeba realnie ocenić możliwości. Tym, co może skusić i jest największą przyjemnością to  szansa łączenia różnych smaków. Wolałabym jednak, gdyby podawano je zdecydowanie wolniej,wtedy miałabym szasnę przejrzeć więcej kulinarnych podręczników, które kusiły za moimi plecami. W końcu duch tego miejsca zobowiązuje:)

PolecamyRestauracje
Author: Sylwia

Get Connected