Do tart mam wyjątkową słabość. Ratuję się nią zawsze, gdy nie mam pomysłu na deser dla kilku osób. Latem najlepsza jest z truskawkami. Nie należy ich oszczędzać. Można je zalać galaretką, dodać nieco śmietany, ale i w tej najskromniejszej wersji uszczęśliwia podniebienie.

Był upał i takie same słoneczne prognozy na kolejne dni. Zrobiłam więc pełen garnek chłodnika. Gdy tylko skończyłam, zaczęła się ulewa, tempertaura spadła i zupa przestała być pożądana. Bo są takie smaki, które mają swoje zalety tylko czasami. Taki jest chłodnik. W dobrych okolicznościach - idelany.  

Lody te są alternatywą do kawy mrożonej, można również je do niej dodać ;) Są bardzo kawowe, świetnie komponują się z gorzką czekoladą.

Por jest symbolem narodowym Walii. W polskim menu pojawia się od średniowiecza, głównie w roli dodatku. Tu proponuję absolutne docenienie pora, który połączony z intensywnym aromatem trufli i mleka kokosowego tworzy aksamitny krem.

Teraz mamy pogodę na takie smaki. Orzeźwiające i chłodzące. Przygotowane w domu, bez konserwantów wpisują się  w silnie lansowane zasady zdrowego żywienia.  Ja odkąd dałam się przekonać w chińskiej restauracji na obrzeżach Paryża, że to nie jest deser, a jedynie oczyszczenie kubków smakowych, chętnie powielam tę teorię.

Sezon truskawkowy trwa zbyt krótko, by przegapić choć jeden z jego dni. Dlatego odkąd zachwalane jako polskie truskawki pojawiły się w mojej okolicy, wykorzystuję je bezlitośnie każdego dnia. Na razie ciągle bez nasycenia. Tu cięższa wersja w otoczeniu kremowej białej czekolady. Połączenie dwóch odmiennych smaków kwaśnego i słodkiego  jest kwintesencją przyjemności na leniwe ciepłe popołudnie.

W Hiszpanii nie udało mi się zjeść paelli. Tak się za każdym razem kulinarne menu się układało, choć z zazdrością i niepewnością spoglądałam na patelnie  innych tuystów, nie mających takich dylematów.  Nadrobiłam na warszawskim Wawrze. W restauracji, którą Gazeta Wyborcza i Polityka uznały za najlepszą knajpę 2010 roku. Tam paella, czyli po hiszpańsku patelnia, musiała się pojawić.  

Mieniące się w słońcu świeże liście szpinaku zobaczyłam na targu. Były niedbale rozrzucone w plastikowej skrzynce. Sprzedawane na kilogramy nie budziły zainteresowania tych, którzy przyszli po młode hiszpańskie albo cypryjskie ziemniaki, kalafior czy kapustę. Ja też zauważyłam je w ostatniej chwili i choć nie miałam na szpinak w tej postaci pomysłu, poprosiłam, by zapakować cały woreczek. Liście są lekkie i pachnące. Tym czego w nich nie lubię jest piasek. Dlatego każdy z nich trzeba wypłukać dokładnie, bo nawet drobne kamyczki ścierające się pod zębami nie są przyjemne. Po oczyszczeniu, wysuszeniu połaczyłam je z tym, co miałam pod ręką - suszonymi, maczanymi w oliwie pomidorami, orzechami i serem.