Drób sam w sobie jest mdły, dlatego najlepiej go urozmaicić. Pory dodają mu ostrości, a degustującym witamin, gdyż są bogate w wapń i fosfor. Szynka subtelnie przełamuje smak. To kolejna propozycja przygotowana z tego, co było w lodówce.

 

Zastanawiałam się, czy proponować tutaj ten przepis, bo pasta jest banalna. W moim menu powstała pewnego dnia przypadkowo z tego, co było w lodówce. Pomyślałam jednak, że właściwie to w zwyczajności tkwi cały jej urok. Włosi kochają pasty za prostotę. Ja tę za prosciutto. Wracam do pomidorowej kompozycji często. Szczególnie wtedy, gdy brakuje mi pomysłu na obiad, bo ten zawsze się sprawdza. Sos pomidorowy jest intensywny i aromatyczny, przesiąknięty smakiem czosnku i szalotki. Pomidory dodają mu niezobowiązującej słodyczy, którą lekko słonawa szynka fantastycznie przełamuje. Grzeszę też ilością sera, bo podoba mi się, gdy bez mojej pomocy delikatnie rozpuszcza  się na gorącym penne. Dodaję dużo świeżo zmielonego pieprzu. Najlepiej w różnych kolorach. Nie oszczędzam też bazylii, której listki  z przyjemnością rozdzieram na drobne kawałki.

To miejsce urzeka historią. Po raz pierwszy otwarto je w 1896 roku. Mieści się w zabytkowej piaskowej kamienicy położonej w 9 dzielnicy. Gdy powstało, karmiło głównie zmęczonych robotników, którzy najchętniej wybierali bouillon, czyli sycące warzywa z mięsem. Miało być niedrogo i zarazem smacznie. Mimo upływu lat i zmianie właścicieli, idea ciągle jest realizowana.

 Pan w czarnym fartuchu  z podniszczonym notesem w ręku stoi na ulicy i cierpliwie zapisuje imiona. Pojawia się przed wejściem do baru, co pewnien czas. Wypatrują go wszyscy. I ci, którzy dopiero przyszli,i ci, których imiona zostały już zanotowane. Imiona w rozmaitych językach, wypowiadane z hiszpańskim akcentem brzmią zabawnie i sprawiają, że oczekiwanie ma swój urok. Nieważne jest, czy jesteśmy bogatymi Szwajcarami, skromnymi Szwedami czy łakomymi Polakami. Przed La Bombeta jesteśmy tacy sami i mamy ten sam cel. Dostać stolik, po który trzeba cierpliwie stać w kolejce przed witryną baru.

Pamiętam z dzieciństwa mdławy smak szpinaku. Był lepki i dominowały w  nim grudki niechlujnie wymieszanej mąki. Do tego sadzone jajko i łyżka ziemniaków. Takie było obowiązkowe piątkowe menu w przedszkolu. Te przygnębiające doświadczenia zbiorowego żywienia sprawiły, że przez lata, jak większość mojego pokolenia, szpinaku unikałam. Wróciłam z ciekawości, kiedy gdzieś przeczytałam, że szpinak do Europy trafił z Persji jeszcze w średniowieczu. Starożytni nie mogli się mylić, musieli doceniać bogactwo tego warzywa. Szpinak to żelazo i witamina C, ale przede wszystkim idealnie nadaje się do kulinarnych kreacji. Tutaj na kruchym cieście, które najlepsze wychodzi spod męskich silnych dłoni.

Didaskalia Pewien adwokat zaprosił swoich klientów na kolację do Kucharzy. Ponieważ miał się chwilę spóźnić, zaproponował gościom, by czekali na niego w restauracji  przy zarezerowanym stoliku. Gdy dotarł na miejsce spotkał swoich znajomych przed budynkiem. Teatralnym szeptem, pełnym oburzenia wyjaśnili mu, że zaistniała pomyłka. Bo chyba nie zamierzał zjeść posiłku w tak nieestetycznym miejscu. Zamierzał z premedytacją, bo U Kucharzy panuje specyficzny klimat.  Ale do tego już swoich towarzyszy nie zdołał przekonać. Udali się w inne, mniej zaskakujące miejsce.

Jego największą zaletą jest ilość kalorii. Porcja ma ich zaledwie 150, czyli o połowę mniej niż w tradycyjnym wydaniu. Tak wyliczyły dietetyczki w programie Rewolucje na talerzu, z którego to przepis zaczerpnęłam. Po udanym debiucie wracam do tej zupy często, bo lubię jej ziołowy smak.