Stos porzuconych liści wciśnięte niedbale do skrzynki,  którą pod koniec dnia ktoś zaniesie do śmietnika tuż obok. Cieszą zielenią i soczystością, ale to mało kogo obchodzi. Są odrywane na specjalne życzenie, a tych, licząc wypełnione nimi po brzegi pudła, jest co niemiara. Nikomu nie chce się targać do domu kompletu, skoro liście i tak do niczego się nie przydadzą. To chwast przecież - słyszę, gdy pytam dlaczego. Liście jedzą tylko króliki - drwiąco ich potencjał ocenia ktoś przede mną. Są gorzkie -  wydaje wyrok młoda dziewczyna z dzieckiem  na rękach, dla którego wybiera najlepsze marchewki. A mnie kuszą, więc zbieram te wszystkie sieroty i szukam na nie pomysłu. Sięgam do rodzinnych historii, jestem w kuchni obok babci i ukradkiem spoglądam na jej dłonie, które najpierw opłukują liście z piasku, bo lubi ten łobuz  zbierać się w ich zakamarkach, a potem suszą je i siekają. W lodówce przegryza się śmietankowy sos, oblebione nim będą miłym kompanem dla młodych ziemniaków z koperkem, które właśnie miękkną w garnku. Liście rzodkiewki mają moc. Więcej w nich witaminy C niż w cytrynie! Genialnie czyszczą organizm z toksyn, usprawniają prace żołądka i przemianę materii. Odtruwają i regulują ciśnienie krwi. Wyposażone są w potężniejszą gamę wartości odżywczych niż ich różowe sąsiadki. Są najzdrowszą częścią pęczka, po który sięgamy tak chętnie w nowalijkowym sezonie. Na Dalekim Wschodzie wyciskają z nich sok, którym leczą żółtaczkę. Lepiej ich nie lekceważyć, bo przydadzą się organizmowi - na ich porcję zareaguje z wdzięcznością. Wykorzystnie liści idealnie wpisuje się w ideę #zero waste w kuchni, którą promują najlepsi kucharze. W restauracji Water&Wine z czułością myśli się o każdym składniku, który trafia na stół. Sporo produktów pochodzi z ogrodu, który rozrasta się przed oknami. W Drzewcach nowalijki otoczone są opieką, szefowie kuchni Marek Flisiński i Kamil Raczyński regularnie sprawdzają, jak im się wiedzie, bo to z tego, co wyrośnie im w ogrodzie potem konstruują wybitne dania. Rośliny mają zapewnione dobre warunki  - najpierw są w szklarni, bazują na wsparciu natury, co przebija się później w ich uczciwym smaku. Ta autentyczność została doceniona ostatnio. Restauracja Water&Wine znalazła się w nowej edycji międzynarodowego przewodnika Where Chefs Eat. Trafiają tam tylko wyjątkowe miejsca, a to w Drzewcach przy rozlewni wody Cisowianka takie jest, bo nie karmi codziennie. Na kolację trzeba się zapisać ze sporym wyprzedzeniem. Inspiracje z Water&Wine przenoszę na swoje domowe talerze i łączę z rodzinnymi przepisami. Liści rzodkiewki więc absolutnie nie wyrzucam, tylko dorzucam do zupy, sałatki, koktajlu czy pesto. Pyszne są także pieczone lub duszone z dodatkiem mięsa. Mogą być farszem do kruchej tarty. Na pewno nie powinny trafiać do śmietnika i liczę, że moje propozycje Was skłonią do tego, by liściom rzodkiewki dać szasnę. 

Czają się jeszcze i wciąż nieśmiało wypuszczają łodygi, liście czy natki ku słońcu, ale już za moment będzie ich wszędzie pełno i zdominują swą obecnością nasze talerze. Nowalijki pysznią się w wiosennej odsłonie i smakiem nagradzają za wytrwałe oczekiwanie na ich moc. Tej mają w sobie sporo, są pełne witamin i minerałów, od trzonka do korzonka wypełnione energią, która wspiera zmarnowany wylegującą się zbyt długo w płatkach śniegu zimą organizm. Potrzebujemy nasycenia tym, co ma znacznie lżejszy bagaż. W walizce nowalijkowych przyjemności chrupią rzodkiewki, pachną soczystością liście szpinaku, zalewa się różowym pąsem drobna botwina i zielenieje natka   marchewki. Nowalijki wkraczają z tą swoją krzepą do kuchni, stukają o blat i proszą o słuszą uwagę. Mają tyle do opowiedzenia. Nie było ich przez dobrych kilka miesięcy, kazały na siebie czekać, jak zwykle, bo chcą, by garnkach mieszać uczciwie i sezonowo. Gotowanie w rytmie natury ma sens nie tylko ekonomiczny, ale przede wszystkim jakościowy. Jaka tkwi uciecha w tym, żeby w grudniu zjadać pomidory lub ogórki. Brak im wyostrzonego smaku i tej premierowej radości. Czekanie na rozpoczęcie nowalijkowego sezonu ma urok osobliwy, trzeba zafundować sobię tę drobną przyjemność. Szefowie kuchni grają w zielone, propozycje w swoich lokalach dostosowują do tego, co za oknem. W urokliwym miejscu Water&Wine czerpią z luksusu, który sami zasiali. Restauracja ma swój ogród, więc koperek czy pietruszkę zrywa się prosto z grządek. Wydźwiek jest na talerzach, jeśli chcecie sprawdzić, jak wyjątkowy, rezerwujcie u nich stoliki. W Drzewcach niczego się nie marnuje, bo każdy składnik jest zbyt cenny, by trafiał do kosza. Czerpię z tych inspiracji i ideę #zero waste wykorzystuję w swojej kuchni. Odzyskuję moc z pomarszczonych rzodkiewek, zwiędniętą sałatę duszę na patelni, a miękkie marchewki ożywiam miodem. W resztkach tkwi potencjał, niech to, co wciąż dobre trafia na stół, a nie do śmietnika. Młode rzodkiewki mają swój niebywały urok, ale tylko przez moment. Porzucone obrażają się i tracą swą chrupiącą otoczkę, która kusi w nich najmocniej. Ja daję im drugą szasnę w piekarniku. Jeśli jeszcze nie ogrzewaliście rzodkiewek jego ciepłem, spróbujcie koniecznie. Odzyskają swój blask i wrócą na talerz w wykwintnym wydaniu. składniki:

  • rzodkiewki
  • garść płatków migdałowych
  • łyżeczka soku z pomarańczy
  • łyżka listków mięty
  • płaska łyżeczka miodu
  • łyżka oliwy
  • sól i pieprz
Rzodkiewki umyć, przekroić na pół lub pokroić w ćwiartki. Przełożyć na blachę do pieczenia wyłożoną papierem. Piekarnik nagrzać do 180 stopni.W miseczce wymieszać oliwę, miód i sok z pomarańczy. Sosem polać rzodkiewki. Opórószyć solą i pieprzem. Posypać płatkami migdałowymi. Do rozgrzanego piekranika wstawić blachę z rzodkiewkami i zapiekać około 15 minut - gdy zaczną brązowieć można wyjąć wcześniej. Gotowanie w rytmie #zero waste moblizuje do tego, by odkrywać możliwości, jakie daje cały składnik. Rzodkiewka ma liście, które można pysznie wykorzystać. Jest w nich chociażby dwa razy więcej witaminy C niż w cytrynie. Jeśli dodtąd jadły je jedynie Wasze świnki morskie i króliki, poczekajcie na kolejny przepis. Podrzucę kilka znakomitych podpowiedzi na porzucane zazwyczaj liście!  

Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii

"Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii” autorstwa Patrycji Siwiec i Adama Pawłowskiego MS, to pierwsza w Polsce publikacja w całości poświęcona profesjonalnej obsłudze oraz temu, jak gościnność przekłada się na sukces w gastronomii. To podręcznik napisany przez praktyków, których doświadczenie wsparte jest również wywiadami z ekspertami z branży. To książka, której zdecydowanie brakowało i która doskonale zapełnia lukę na rynku. I która jest potrzebna bardziej, niż jakakolwiek inna. Dlaczego? "Miesiąc po wizycie w restauracji zwykle nie pamiętamy tego, co jedliśmy, za to doskonale pamiętamy, jak zostaliśmy obsłużeni. Dobry serwis uratuje niezbyt smaczny posiłek, a nieprofesjonalna obsługa zepsuje nawet najlepsze danie. Dlatego choć jako gość odwiedzamy wiele różnych restauracji, to wracamy najczęściej tam, gdzie wyjątkowo nas potraktowano" - czytamy w książce. Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii W książce można znaleźć scenariusze, tj. przykładowe zestawy pytań, które prowadzą do wzrostu sprzedaży. To także gotowe manuale (do indywidualnego dostosowania). Jeden rozdział poświęcony jest z kolei temu, jak postępować w sytuacjach kryzysowych. Z "Gościnności" dowiecie się także, dlaczego lepiej nie otwierać własnej restauracji. Z częścią powodów trudno się nie zgodzić (tak, to prawda, że będąc współwłaścicielką restauracji spędzałam w niej znacznie więcej czasu niż gdziekolwiek indziej,  prawo Murphy'ego nie przestaje zaskakiwać) i trzeba mieć naprawdę silną motywację , aby się mimo to odważyć się do wejścia w ten biznes i odnieść sukces. „Gościnność” to: - ponad 280 stron konkretnej, sprawdzonej wiedzy - kilkadziesiąt prostych do wdrożenia porad - kilkanaście scenariuszy szkoleń wewnętrznych dla pracowników gastronomii - dział poświęcony pracy sommeliera - przykład skróconego manuala - historie wzięte z restauracyjnego życia - 9 wywiadów ze specjalistami i mentorami polskiej i światowej gastronomii: dr Joanna Heidtman (psycholog), Claire Randall (pracowała jako inspektor przewodnika Michelin), Gerard Basset MS MW OBE (Najlepszy Sommelier Świata 2010), Ronan Sayburn MS (Oficer Operacyjny The Court of Master Sommeliers), Piotr Kamecki (Prezydent Stowarzyszenia Sommelierów Polskich), Grzegorz Kłos (restaurator), Daniel Pawełek (restaurator), Adam Jarczyński (ekspert do spraw savoir-vivre), Bogdan Gałązka (szef kuchni i restaurator) Jeśli pracujecie w gastronomii lub planujecie otworzyć własną restaurację, to tą książkę powinniście potraktować jak lekturę obowiązkową. Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii Autorzy: Patrycja Siwiec i Adam Pawłowski MS Wydawnictwo: TAKE EAT EASY Cena: 59zł Książka dostępna jest w sprzedaży internetowej: www.goscinnosc.pl

co zrobic z zoltkami

Zgodnie z obietnicą, po wpisie co zrobić z białkami, nadszedł czas na żółtka. Zwłaszcza, że robiąc bezy często zostają właśnie one. Mam nadzieję, że z czasem do tej listy będą dochodzić kolejne pozycje. Jeśli macie pomysły na to, co zrobić z żółtkami, piszcie proszę w komentarzach. Ten wpis, jak poprzedni, został zainspirowany kuchnią Water&Wine. Miałam przyjemność kilkakrotnie podglądać tam w pracy Marka Flisińskiego - chefa i Kamila Raczyńskiego - sous chefa, którzy z wielkim szacunkiem podchodzą do jedzenia. Wykorzystują wszystkie resztki, tworząc dania na miarę gwiazdki Michelin. Dlatego idąc ich tropem, nie wyrzucajcie żółtek, które Wam zostały z różnych potraw. Chodźcie ze mną do kuchni, a pokażę Wam ponad 20 sposobów na to, co zrobić z żółtkami.

Water&WineW kuchni Water&Wine - fot. Maciej Stankiewicz

1. Zamrozić

Jeśli wiecie, że ich nie zjecie - zamróźcie je. Pamiętajcie, aby podpisać zarówno datą, jak i ilością żółtek. Do żółtek dodajcie koniecznie szczyptę soli.  Mrozić można np. w plastikowych opakowaniach po jogurcie szczelnie zawiniętych folią lub w plastikowych pojemnikach. W zamrażarce mogą być do 3 miesięcy. 2. Kogel-mogel Kto z nas nie pamięta go z dzieciństwa? Dla bezpieczeństwa proponuję żółtka ubić na parze i pyszny deser gotowy. Kogel-mogel świetnie się nadaje do kawy, wystarczy zalać go kawą i pyszny napój gotowy. Grzane ciemne piwo z koglem-moglem jest również godne polecenia. 3. Zabajone (zabaglione) Włoską wersją rodzimego kogla-mogla jest zabajone. Wystarczy dodać tylko marsalę, wszystko w proporcji 1:1. Czyli 2 żółtka, 2 łyżki cukru i 2 łyżki marsali. Tutaj dokładny przepis.
W Water&Wine podano nam kiedyś na deser pieczone owoce (truskawki, rabarbar, kwiaty czarnego bzu) z konfiturą z płatków róży (osobiście utarłam 2 makutry płatków róży z cukrem) pod palonym zabajone. Było pyszne i wyglądało tak:
4. Budyń Banalnie prosty. Przygotowanie zajmuje tyle samo czasu, co przygotowanie budyniu z proszku. A smak? Bez porównania. Wystarczy 1,5 szklanki mleka zagotować z czubatą łyżką masła, 1 łyżką cukru z wanilią. W kubeczku wymieszać 0,5 szklanki mleka z 2 łyżkami mąki ziemniaczanej i 2 żółtkami. Wlać to do gotującego się mleka, pogotować chwilę stale mieszając, aż budyń zgęstnieje. I już! co zrobić z żółtkami 5. Makaron Klasyczne włoskie przepisy oparte są na całych jajkach, gdzie na 100g mąki daje się 1 jajko. Przez lata bazowałam na tym przepisie. Do czasu, gdy nie została współzałożycielką własnej restauracji. Wówczas cała załoga została przeszkolona przez kucharza, który był pasta chefem w 2 gwiazdkowej restauracji w Anglii. Zdradził nam przepis na ciasto na samych żółtkach. Ciasto jest trudne do współpracy, twarde i potrzebuje 24godzinnego leżakowania. Efekt w pełni jednak wynagradza trud. Ciasto jest żółte i niezwykle sprężyste.  Na 350g mąki trzeba aż 9 żółtek! Obiecuję, że pokochacie ten makaron. co zrobić z żółtkami

co zrobić z białkami

Odkąd pamiętam gotuję głównie z tego, co jest w lodówce. Oczywiście czasem kupuję składniki pod konkretny przepis, jednak zwykle część składników zostaje i trzeba sobie z nimi jakoś radzić. Mistrzami pod tym kątem są kucharze w Water&Wine, którzy wykorzystują wszystko i redukują odpadki do minimum. Tworzą przy tym sztukę kulinarną, której teraz może zasmakować każdy podczas organizowanych tam kolacji. Najbliższa kolacja degustacyjna już 12 maja. To właśnie po spotkaniach w Drzewcach zdecydowałyśmy się na cykl wpisów, w którym będziemy się dzielić z Wami naszymi sposobami jak nie marnować jedzenia. Na początek wobec tego jajka, które znaleźć można w każdej kuchni i na dniach będą używane w dużych ilościach. Często zadajecie nam pytania, co zrobić z żółtkami lub z białkami. Z okazji zbliżającej się Wielkanocy zaczniemy od białek, bo podejrzewam, że właśnie ich zostanie Wam więcej po świątecznych przygotowaniach. 15 sposobów na to, co zrobić z białkami co zrobić z białkami?1. Zamrozić To najprostszy sposób, gdy zostają Wam białka i nie macie czasu, ochoty czy możliwości, aby ich użyć. Wystarczy dać je do pojemnika (może być nawet umyty po jogurcie) i szczelnie przykryć (np. folią spożywczą). Nie zapomnijcie też podpisać, ile w środku jest białek, to pomoże Wam w przygotowaniu poniższych przepisów. Przed użyciem należy białka rozmrozić i doprowadzić do temperatury pokojowej. Białka mogą być w zamrażarce ok. 3 miesięcy. 2. Ciasto na białkach To ekspresowe ciasto z tym, co macie. Możecie dodać sezonowe owoce lub te, które włożyliście latem do zamrażarki. Wystarczy 3 białka wymieszać trzepaczką z połową szklanki mleka. W drugiej misce wystarczy wymieszać 200g mąki z 1 płaską łyżeczką proszku do pieczenie, z otartą skórką z cytryny (lub z pomarańczy) i 100g masła. Teraz tylko dodaj białka z mlekiem i utrzyj szybko mikserem.Włóż ciasto do keksówki i na wierzch daj owoce. Zamiast owoców możesz dać do środka mak. Piecz 45 minut w 180 stopniach. Proste, prawda? Może Wam nawet zastąpić świąteczną babkę, jeśli nie macie na nią czasu. Szczegółowy przepis znajdziecie tutaj. Jeśli macie bardzo dużo białek (12), wówczas zróbcie angel cake. 3. Ciasteczka kokosowe - bezglutenowe To kolejny ekspresowy przepis. Powstał w mojej głowie naprędce, gdy zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem, czy może wpaść na kawę, bo jest w pobliżu. Oczywiście! Dopiero co skończyłam robić tiramisu na żółtkach, które potrzebowało czasu, aby się przegryźć. Zostało w lodówce 5 białek. Wystarczy je ubić na sztywno ze szczyptą soli, z 4 łyżkami cukru (ja użyłam erytrol), a następnie wymieszać z 200g wiórków kokosowych. Nakładaj na blachę wyłożoną papierem do pieczenia za pomocą łyżeczki lub tak jak ja turlaj w dłoniach kuleczki. Piecz ok. 15 minut w 180 stopniach, aż lekko się zarumienią. Jak będą za mało słodkie, możesz posypać je cukrem pudrem lub zamiast 4 łyżek cukru dać 6. kokosanki 4. Babeczki (koszyczki) kokosowe - bezglutenowe W podobny sposób (ale nawet bez użycia miksera) możecie przygotować babeczki, które możecie wypełnić w dowolny sposób. Wystarczy 5 białek wymieszać z 200g wiórków kokosowych. Mokrą masą wypełnij foremki (posmarowane masłem lub olejem kokosowym), mocno wciskając, by dobrze wyklejone były boki i spód. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 160 stopni i piecz przez 20 minut. Dokładny przepis znajdziecie tutaj i tutaj (z różnym wypełnieniem). Kokosowe babeczki bez glutenu i bez cukru 5. Omlet z samych białek Wystarczy ubić białka ze szczyptą soli i wymieszać z łyżeczką mąki. W wersji na słono można dodać ulubione zioła. Podawać albo z owocami albo z warzywami. Najlepiej z tym, co zalega Wam w lodówce. Pyszny zarówno w wersji na słodko, jak i na słono. 6. Majonez z białek Idealny na Wielkanoc, może być bazą do innych sosów. Wystarczy bowiem zmiksować go np. z natką pietruszki, liśćmi rzodkiewki, czy czosnkiem niedźwiedzim (wypatrujcie go lada moment!),  by uzyskać majonez o pięknym zielonym kolorze. Aby zrobić majonez na białkach, ubij na niskich obrotach 2 białka z łyżeczką soku z cytryny, z musztardą i szczyptą pieprzu a następnie podczas miksowania powoli wlewaj  olej (około szklanki), aż majonez zgęstnieje. Jajka faszerowane czosnkiem niedźwiedzim

Zobaczcie też, 20 sposobów na to, co zrobić z żółtkami.

Urokliwe przeniesienie smaku historii na współczesny talerz. Zgrabna gra emocjami ulicy, na której przed lata rządzili rzeźnicy. Po mięso na Twardą jeździło się nawet z Wilanowa i przy okazji trudy podróży wynagradzało bezgrzesznie kieliszkiem czystej ze śledziową zakąską. Twarda teraz dość miękko przechodzi metamorfozę i dostosowuje do zmieniających okoliczności. Nadszarpnięte upływem czasu kamienice poddają się gruntownym remontom i przyjmują przyjaźnie nowych sąsiadów. Wśród nich całkiem niedawno pojawił się hotel Holiday Inn City Center. Udało się go wkomponować w ciasne uliczki Żelaznej czy Siennej  i wbrew okolicznościom sprawić, by nie przytłaczał klimatu okolicy.

Jestem zwoleniczką świąteczenego umiaru. Wielkanoc smakuje u mnie rozsądkiem i długim spacerem. To święta, którym stołu nie zastawia 12 daniowa tradycja, więc przyzdabiam je wyrazistością, a nie ilością. W tym roku pojawi się mazurek w nowym wydaniu - ujęty w kruchymi migdałowym spodzie, przybrany konfiturą z porzeczek i kleksem bezy, Mazurek kusi feerią doznań, bo oferuje słodycz wymieszaną z cierpkością. Kto lubi takie związki, niech zdradza dla nich kajmakowe cuda i zapisuje do  wielkanocnego upieczenia tę porzeczkową tartę. Będzie pysznie.

Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku to mój autorski debiut. Premiera książki była w połowie mijającego tygodnia i nieustannie dostaję fantastyczne sygnały od tych, którzy natychmiast zdecydowali się ją kupić. Oddycham z kojącą ulgą, bo tak, jak pisałam w dniu debiutu na FB, czułam, że posyłam w świat swoje dziecko. Wymuskane, rozpieszczone, ubrane w emocje, które mu podarowałam. Całe   życie pracuję, prezentując publicznie efekty swojej zawodowej aktywności, a jednak w sprawie Gotuję, nie marnuję miałam ogromną tremę. Chciałam, żeby to była książka, która naprawdę pomoże wykorzystywać w kuchni resztki. Dawać im szansę i traktować, jako inspirację. Długo robiłam selekcję przepisów, ale od początku byłam pewna, że muszą one bazować na składnikach, które naprawdę najczęsciej trafiają do kosza.  Zależało mi na tym, żeby tytułowe hasło Gotuję nie marnuję było wsparciem, dla tych wszystkich, którzy nie mają pomysłu w sprawie pysznego przetworzenia tego, co zazwyczaj przynoszą ze sklepu. Absolutnie nie chciałam, by książka była oderwana od naszej lokalnej  i przeciętnej rzeczywistości. Dlatego wsparłam się badaniami Federacji Polskich Banków Żywności i przepisy ułożyłam według listy produktów, jakie najczęściej w naszych domach są wyrzucane. Nie znajdziecie więc w Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku podpowiedzi, by z pancerzy krewetek robić bulion, a ze skorupek muli emulsje, bo to nie są składniki, które zalegają nam tłumnie w lodówkach. Nie używam egzotycznych przypraw i dodatków. Smaki mieszam dość konserwatywnie, ale mam nadzieję, nie nudno! Dzielę się więc w mojej książce inspiracjami dotyczącymi chleba, warzyw, owoców, nabiału i mięsa. Ten ostatni rozdział wzbudza zresztą najwięcej niespodziewanych emocji. Dostaję sporo pytań dlaczego w ogóle o mięsie napisałam, sugestii, że ono rujnuje książkę albo deklaracji, że gdyby nie przepis na tort z wątróbki i bulion z kości kurczaka, nie straciłabym czytelnika. Mięso pojawiło się u mnie nie przez przypadek. Ono po prostu jest na liście naczęściej wyrzucanych produktów. Z najświeższego raportu dotyczącego marnowaniu jedzenia nawet wynika, że wyrzucane wędliny pod względem ilości, wyprzedziły dotąd będące długo na drugim miejscu, warzywa. Moje przepisy na te pozostawiane resztki są dość łatwe, tak, by nikt nie miał problemu z ich odtworzeniem. Czerpałam obficie  z swoich rodzinnych doświadczeń, kulinarnych szkoleń i smacznych podróży. Odczarowuję kawałki chleba w malinowym puddingu, z kawałków porzuconych warzyw robię obiadową zapiekankę wypełnioną śmietanowym kremem, wodą po kiszonych ogórkach doprawiam ziemniaczaną zupę, a obierki smażę lub gotuję w ratunkowym bulionie. Gotuję, nie marnuję i pokazuję, że to wcale nie jest skomplikowane. Ciemniejące banany zatapiam w brownie, a miękkie rzodkiewki smażę na patelni lub w piekarniku. Często daję jedynie wskazówki, pozostawiając czytelnikom pole do interpretacji. Resztka ma być pretektem do zmiany, nie musi trzymać się konkretnych proporcji. Wybrałam takie przepisy, którym ta dowolność i brawura w wykonaniu nie zaszkodzą. Nabiał dotyczy także swoich wegańskich odpowiedników, więc potrzebną w składnikach śmietanę, czy mleko można nimi śmiało zastąpić. Wiem oczywiście, że nie da się napisać książki dla wszystkich, ale chciałam, by Gotuję nie marnuję, było dla co trzeciej osoby w Polsce, która przyznaje się, że regularnie wyrzuca jedzenie do śmietnika. Mną też długo targały wyrzuty sumienia, do czego otwarcie przyznaję się w książce. Dlatego cały pierwszy rozdział poświęciłam sposobom, dzięki którym  tutułowe niemarnowanie będzie łatwiejsze. To dość mocny akcent, bo na początku podaję sporo danych dotyczących naszej jedzeniowej rozpusty. Przciętny Polak co miesiąc wyrzuca około czterech kilogramów żywności. Nie rozumiemy daty ważności, nie dajemy szansy pomarszczonym burakom czy sałacie, która przestała chrupać. I przede wszystkim robimy za duże zakupy. Bez planu. W efekcie co trzecia kupiona przez nas torba jedzenia trafia do kosza. W skali kraju jakieś dwa miliony ton rocznie marnowanych tylko w domach. Kolejne siedem wyrzuca się w czasie produkcji i dystrybucji. A przecież wiele z nich można uratować. Dlatego napisałam tę książkę , bo wierzę, że resztki mogą wrócić na stół. I to w całkiem niezłej formie. Zachęcam Was oczywiście do kupienia mojej książki i dzielenia się wrażeniami:) Znajdziecie mnie w wielu księgarniach! Zapraszam też gorąco na spotkanie autorskie. Będzie dużo cennych  informacji dotyczących skali marnowania jedzenia! Ugotuję coś pysznego:) Bez marnowania! Mam nadzieję, że do zobaczenia z kimś z Was!  Sylwia      * Zdjęcia pochodzą z mojej książki Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku. Ich autorką jest Dorota Krysińska. A materiały to przygotowane przez wydawnictwo Buchmann informacje prasowe.    Gotuję, nie marnuję. Kuchnia ZERO WASTE po polsku.  Sylwia Majcher, Wydawnictwo Buchmann, Warszawa, 2018 rok 

Początek dnia jest zapowiedzią wszystkiego. Obietnicą lepioną z przyjemności, które łagodnie ułożą się w całość. Niespodzianką, jaka może się zdarzyć. Nadgryzionym fragmentem budzącego się dnia. Zachęca do szperania w planach i kreśli w kalendarzu marzenia czerwonym pisakiem. Poranki trzeba celebrować, dać im się chwycić i pójść razem w stronę wyściełaną frajdą. Mieć ten moment dla siebie i czerpać z niego łapczywie. Przepis na najlepszy z poranków nieśmiało sam pcha się do kuchni. Nie zamykajcie mu drzwi, niech wtargnie z impetem. Obudzi dosłownie, by zaraz zostawić na ustach agresywne wspomnienie. I dobrze, bo ta jego moc rozleje się po całym dniu. Siła zamknięta w niepozornym ciastku. Ciasteczka mają australijski rodowód utkany nostalgią. Wypiekały je dziewczyny dla swoich mężnych chłopców żołnierzy. Pudełko z anzac bisuits panowie dostawali zaraz po powrocie do domu. Wy upieczcie je przed wyjściem z niego. Będzie domagać się ich więcej. I więcej! Jeśli kuszą Was porankowe uciechy, zajrzyjcie do książki Wszystkie poranki świata. Elisa Paganelli i Laura Ascari serwują ponad 40 propozycji na ten smaczny początek dnia. Organizują podróż na gapę po śniadaniowej mapę świata. W Brazylii proponują babkę kukurydzianą, na Dominikanie objadają się puree z platanów, w Afganistanie popijają różową herbatę z mlekiem. W Rosji jedzą bliny, a w Kanadzie tartaletki dyniowe. Dajcie się porwać, bo ubóstwiające jeść dziewczyny - architektka i fotografka z troską wybrały przepisy,w których można się rozsmakować. Większość z nich nie wymaga wysiłku przy odtwarzaniu, wszystkie zaprojektowane są czytelnie i wzmocnione rysunkową fantazją. Zamiast więc dobre sprawy odkładać na potem, weźcie w ręce tę książkę i  zaczarujcie już dziś swój poranek.

Szkoła gotowania powinna być na liście prezentów ślubnych. Pojawić się na urodzinach tych, co przypalają nawet wodę w czajniku. I tych, co nie mają kłopotu z barszczem, ale nie jakoś nie wychodzi im składnie krokietów. To świetny kulinarny podręcznik, jedna z najlepszych książek pokazujących, jak się je w polskim stylu. Marek Łebkowski wie z czym jego czytelnik może mieć problem, więc na każdej stronie podsuwa właściwe rozwiązania. Na koncie autora jest około 1oo książek kulinarnych i rekordowe wydania ich w 5 milionach egzemplarzy. Dostał nawet kulinarnego Oskara.