Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. I ta miłość wiodła mnie tam każdego dnia. Po zakupy, po atmosferę, po rozmowę, po przekąskę i nieustający zachwyt. Tak barwnie, zabawnie, tak przyjemnie i nastrojowo było w środku, że to co na zewnątrz jakby nie istniało. I tak już od XII wieku, momentu, gdy kupcy z całej okolicy, wybrali zdecydowali, że chcą w jednym miejscu sprzedawać swoje produkty. Potem targ przeniesiono na La Rambla. Dziś osłonięty XVIII wiecznych murami i delikatnie prześwitującym dachem, przez który przebija słońce, nosi dostojną nazwę Mercat de la Boqueria albo Mercat de St Josep. I jest obowiązkowym punktem na trasie wielu turystów.

Dostać krzesło albo chociaż miejsce stojące, czy nawet talerz podawany przez szczęśliwców, którym się udało, bez specjalnych zabiegów, jest niemal niemożliwe. Ruch przy tej niepozornej budce, ozdobionej dumnie wycinkami z gazet, które chwalą, dopieszczają i tworzą legendę wydłużającą kolejki, w porze otwarcia, nie maleje ani przez chwilę. Jakby tylko w tym miejscu dobrze karmili, ba w ogóle karmili. Stoję cierpliwie jednego dnia i kolejnego. Potem myślę, że nie ma sensu, nie chcą mnie poczęstować, trudno, obrażona, rezygnuję. Ale marketingowe sugestie sprawiają, że wracam pokornie i znowu czekam i nie mam nawet cienia szansy, by podejść do lady, zerknąć w kartę, wykrzyczeć lub chociażby wskazać palcem na talerz sąsiada i poprosić o to samo. W końcu wpadam na pomysł, żeby skorzystać z uprzejmości tych, którym się udało. Z pewną taką nieśmiałością proszę uroczą Szwedkę wycierającą resztę jajka ze swojej krewetki o ponowne złożenie zamówienia. Jest zgoda, jest talerz, jest radość i rozczarowanie. Niby dobre, ale nie wspaniałe, niby zdobyte z trudem, ale nie rekompensujące poświęcenia. Taka tam przyzwoita porcja krewetek z jajkiem sadzonym. Pamiątkowe zdjęcie i przekonanie, że nie zawsze warto ufać reklamie.

Znacznie przyjemniej jest w innym lokalu, też niepozornym, podającym jedynie alkohole. Te tradycyjne słodkie likiery, mocniejsze czerwone wytrwane wino. Siedząc na drewnianych beczkach, mamy do wyboru toast razem z właścicielami, sąsiadem, w samotności.   Każdy łyk zachęca do kolejnego, serwujący podpowiada, co warto, wymienia niewielkie szklaneczki i proponuje jeszcze jedną kolejkę za 2 euro.

Bo tym relaksie wracam na targowe alejki. Kupuję porcję świeżego soku z mango i kokosa, potem jeszcze z truskawki i ananasa. Opakowanie pokrojonych w kostkę brzoskwiń i kiwi. Mam ochotę spróbować wszystkich czekoladek wystawionych obok. Tyle kształtów, kolorów, posypek, nadzienia. Znowu staję przed trudnym wyborem i kupuję zaledwie kilka deko srebrnych i złotych koralików do dekoracji babeczek.A potem wącham trufle i pytam, ile waży taka jedna choćby najmniejsza. Za kilka euro dostaję ją zamkniętą w plastikowe pudełko i z instrukcją, by po powrocie do domu nie hamować jej dostępu do  świeżego powietrza, chowam w torebce. Pachnie tak intensywnie, że wystarczy odrobina do makaronu, oliwy, by zupełnie zmienić ich smak. A poranna jajecznica z truflą, kaprys wart grzechu!

Jestem na tak dla największych oliwek, zielonych, czarnych, niedojrzałych, z papryką, migdałem, serem i pomidorem. Skąpane w gorzkiej zalewie, można kupować na sztuki i zjadać na miejscu, zagryzając pszenną bagietką. Opieram się jedynie owocom morza, bo co z nimi zrobić w hotelu? Żal zostawiać skorupiaki, tak świeże, aromatycznie kuszące, w takiej ilości i możliwości wyboru. Tęsknię za nimi w Polsce, a tu na La Bouqerii robię im kilka zdjęć.

I jeszcze szynki, całe kilogramy szynek, powieszone na mocnych hakach tuż nad głowami sprzedawców. Soczyste prawdziwie hiszpańskie jamon. Każda z szynek z  informację o czasie dojrzewania, hodowli z której pochodzi, z ceną. Nie wiem, czy ktoś ma odwagę wziąć całą i nieść do auta, metra, autobusu. Ale kilka z precyzją ciętych plasterków, chętnie. Obowiązkowo chorrizo, nawet to najostrzejsze, prawie czerwone, pakowane w szary papier.

To miejsce ma wszystko, czego trzeba na obiad, na deser, do zauroczenia i poczucia katalońskiego klimatu. Jest mi bliskie na tyle, że stało się scenerią poślubnej sesji. Cudownie wzruszające były nieustające okrzyki Viva los novios – Niech żyją nowożeńcy. I zachęta do kolejnej fotografii z rybą, dźwięk stukających kieliszków z likierem wypijanym za pomyślność, zbity talerz, gratulacje i powtarzające się pytania o szczegóły barcelońskiej ceremonii. Nieokiełznana radość dzielona ze wszystkimi i przekonanie, że jedzenie naprawdę łączy.

La Bouqeria, Barcelona

Rambla 85-89

czynne pon – sob 8.00-20.00

PolecamyTargi
Author: Sylwia

Get Connected